Grzechy młodości. Don’t Deliver Us from Evil

I.

Choć reżysera interesuje głównie pewien fetysz (konkretnie – lolity), to jednak udaje mu się uchwycić specyficzny spleen dorastania, tę zmysłowość ciepłego lata przejechanego na rowerze i dziwne pomysły wyrosłe na pożywce z gęstej, zawiesistej nudy. Radość snobizmu, ale i nielubienie siebie; bezmyślność i twórczość; ekscytujący bunt do pary z dławiącym poczuciem wymykania się sytuacji spod kontroli. To nastrój pokawałkowany, pełen zmiennych tonów, podszyty pustką. Taki też jest ten film: niespójny, huśtawkowy, na zmianę urzekający i nieumiarkowany w dłużyznach, ładny i paskudny zarazem. Reprezentuje „brudne” dojrzewanie (choć i tak pozostaje daleko w tyle choćby za niesławną Maladolescenzą z 1977, która wciąż szokuje scenami symulowanego seksu z udziałem nieletnich). W Don’t Deliver Us from Evil odkrywanie własnej seksualności nie jest rozkosznie słodkie i obiecujące, a raczej wytarzane w błocie, pełne bezsensownego, banalnego okrucieństwa. Przekraczanie granic, w filmach o dorastaniu kojarzone raczej z ekscytacją (nawet jeśli prowadzącą donikąd), tutaj pokazuje swoją brzydką twarz.

II.

Domeną tego dziwnego stanu zawieszonego pomiędzy dzieciństwem a dorosłością wydaje się teatr – odgrywanie nie tylko schematów postaci (satanistek, katoliczek, grzecznych dzieci), ale też płci kulturowej. Bohaterki „ćwiczą” dorosłość jak przedstawienie na szkolny teatrzyk, z patosem, zaangażowaniem i użyciem rekwizytów: klasycznej czerwonej szminki, papierosa, pozy. To zawsze wypada jakoś niezręcznie. Przesada i nieumiejętność trafienia w odpowiedni ton mogą budzić zażenowanie widza. Satanizm w ich wykonaniu też jest pusty, ilustracyjny, pozostaje raczej symbolicznym sprzeciwem wobec systemu niż przemyślaną życiową filozofią. Dziewczęta bardziej niż kultem diabła zainteresowane są skrytą celebracją własnej odmienności i czytaniem dekadenckich książek w atmosferze wspólnoty i tajemnicy. Taka aura sprzyja narodzinom platonicznej, obsesyjnej miłości, skupionej na ciele, ale niezrealizowanej, innej od bliskości podglądanych zakonnic.

III.

Film, jak bezradny rodzic, nie wie, jaką przyjąć strategię wobec dwójki początkujących satanistek. Czy uznać ich początkowe, niewinne wybryki za pełne uroku? Spojrzeć przychylnym okiem na kontestację norm, przytakując rozsadzającej porządek sile dziecięcego śmiechu, który obrazem golasa rozbraja grzmiącego kazanie księdza? Zdecydowanie obrywa się tu dorosłym – konformistom i bezgranicznie naiwnym sztywniakom, którzy kupią każdą bujdę, czy to z ust córek, czy nadętego kapłana. Młodszym bohaterkom okazują co najwyżej uprzejmą obojętność, a w najgorszym razie nabierają się na ich erotyczny teatr.

Mimo to film zdaje się potępiać przede wszystkim parę dziewcząt; w końcu to one dopuszczają się coraz paskudniejszych czynów i ostatecznie „same są sobie winne”. Spojrzenie kamery kieruje nasz wzrok na ich ciała, a nastolatki chowają się za kurtyną nieprzerwanego chichotu, wszechogarniającego, irytującego, skrywającego nieczyste intencje.

Don't Deliver Us from Evil

Don’t Deliver Us from Evil/Mais ne nous délivrez pas du mal (1971), reż. Joël Séria

Ilustracja: Kamila Lenarcik

O autorce:

Pulpojadka, babaistka. Pryncypałka na blogu mors dicit. Leży plackiem we Wrocławiu.

Zobacz też:

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top