Ta, której już nie ma. Recenzja Czarnej Wdowy

Dla niektórych zapchajdziura, dla innych sprawa marvelowskiego honoru. Film spóźniony, opowiadający o bohaterce, której już nie ma, cofający się do wydarzeń sprzed kluczowych rozstrzygnięć w MCU – bez szkody dla ciągłości galopującej po trupach epopei, mógłby w ogóle nie powstać. Ale czy jego brak nie byłby zbyt wymowny?

To trochę tak, jakby udawać przy świątecznym stole, że nieobecność kogoś bliskiego, kto po raz pierwszy od lat się przy nim nie pojawił, nie ma znaczenia. A przecież nieobecność zawsze coś znaczy – rzuca się w oczy i wkręca natrętne myśli. Brak filmu o Czarnej Wdowie oznaczałby na przykład, że konstruktorzy MCU – bez empatii, wbrew prawidłom PR-u i nastrojom wokół – podtrzymują męskocentryczną hierarchię w drużynie swoich herosów. Obecna w uniwersum od ponad dekady bohaterka (od 2012 do 2019 roku jedyna kobieta w Avengersach) od początku była pisana jako niewystarczająca postać – uprzedmiotowiona w superbohaterskim debiucie, częściej niż doceniana, spychana na margines lub wtłaczana w rolę pomocnicy. Ostatecznie całkowicie się poświęca, ale, w przeciwieństwie do Iron Mana, nie otrzyma nawet ładnego pożegnania.  

Na szczęście Czarna Wdowa, jakby na przekór opornym scenarzystom, konsekwentnie wyrastała ponad to, co dla niej szykowano. W dużej mierze dzięki wcielającej się w nią Scarlett Johansson stała się bohaterką o podskórnej godności – znacząco poważną i wyciszoną, doświadczoną traumą, co przydawało jej wrażliwej intuicji. Bez supermocy i supernarcyzmu wprowadzała do drużyny zdrowy balans, była też jej dobrym duchem. Lubiłam sobie wyobrażać, że poza wydarzeniami z filmów prowadzi ciekawe i tajemnicze życie – działa sama, robi coś naprawdę ważnego i na pewno nie stoi w czyimś cieniu.

Czarna Wdowa

Twórcy „Czarnej Wdowy” oddają więc bohaterce to, co należało jej się od początku – uwagę (postawili jej nawet nagrobek, najwidoczniej zauważając niedopatrzenie poprzedników). I choć były obawy, że fabuła rozgrywająca się ledwie na uboczu doniosłych wydarzeń (i to takich, po których kurz dawno opadł), okaże się nie dość angażująca – wątpliwości rozbija brawurowe otwarcie. Akompaniowane przez dziewczęcy cover „Smell Like Teen Spirit”, przywodzące na myśl serial „The Americans”, stawia sprawę jasno – Natasha Romanoff ma do opowiedzenia własną historię.

Za kamerą filmu stanęła świetna australijska reżyserka Cate Shortland, która wśród inspiracji wymieniała w wywiadach m.in. „Thelmę i Louise” (1991, R. Scott) jako wzorzec siostrzanej więzi sprawdzającej się w akcji, a w realizacji scen przemocy „Oldboya” (2003, Park Chan-wook), „To nie jest kraj dla starych ludzi” (2007, J. Coen/E. Coen) czy „Milczenie owiec” (1991, J. Demme). Te tropy uwidaczniają się na ekranie, ale film pozostaje zwarty. Jest płynnie rozwijającą się historią, nierzadko intymną i jakoś szczerą, choć dowcipną, zaprawioną melancholią głównej bohaterki. Konwencja szpiegowskiego akcyjniaka zbliża całość do serii o Jasonie Bournie czy „Mission: Impossible”, ale najwięcej wynosi chyba z Bonda – szczyptę kiczu, absurd i przerysowanie, uroczą niedorzeczność rozwiązań, satyrę na rosyjskość. Sceny walk i pościgów, choć nie zawsze precyzyjne, pracują na więź i emocje bohaterek, a nie odwrotnie. Dzięki temu utrzymanie uwagi u mniej zaprawionej części publiki ma większe szanse na powodzenie.  

Shortland podejmuje jeden z naczelnych tematów Marvela – kręci film o rodzinie. Przebywająca na wygnaniu, początkowo samotna bohaterka, wyrusza w ślad za przyszywaną siostrą, z czasem, w euforii wybuchów, dołącza do nich ojciec, potem matka. Wszyscy siadają przy jednym stole. Inaczej niż w kilku innych superbohaterskich fabułach, familijny zjazd nie przypomina słonecznej reklamy masełka gładko rozsmarowywanego na chrupiącej piętce. Rodzina bywa toksyczna. Zawiedzione wyobrażenia i odkładane pretensje, ojcowskie dziadolenie, surowość matki – to wszystko, nawet ujęte w komediowym kluczu, jest nam dobrze znane, uruchamia percepcję. Tym bardziej, że przetrącona rodzina też czasem daje radę – wspólna przeszłość i pielęgnowane wspomnienia z lepszych czasów wiążą na zawsze. Jest coś wzruszającego we współpracy tej dziwacznej czwórki – upór, zaufanie wyższego rzędu, a przede wszystkim ludzki pierwiastek, coś bardziej szczerego niż połyskliwy katalog szczęśliwości. Dodajmy do tego złośliwe przytyki w stronę superbohaterstwa, a otrzymamy rzecz świeżą – odrobinę dystansu do Marvela w Marvelu.  

Rodzinna misja ma wymiar symboliczny. Odwołania do Harveya Weinsteina, który sam przypomina komiksowego, przebrzydłego złoczyńcę, działają na wyobraźnię. Kolekcjonowanie młodych kobiet/wdów, żerowanie na ich słabości, manipulowanie nimi, kontrola nad ich ciałami – Czarna Wdowa to bohaterka doskonale przystosowana do tego, by wyzwolić legion swoich sióstr spod władzy napęczniałego villaina. Jej solowy film sam jest przecież swego rodzaju wyzwoleniem.

Czytam tu i ówdzie, że Florence Pugh skradła show swojej partnerce. Przyznaję szczerze – nie lubię tego typu wartościowań, zwłaszcza gdy mówimy o siostrzeństwie i współpracy. Obie aktorki są znakomite (cały zespół taki jest!). Yelena swawoli humorem i witalnością, a Natasha jest po prostu sobą. Nie ma potrzeby, by prześcigała się w żartach i rywalizowała o uwagę (sama to sygnalizuje, stwierdzając, że przemowy nie są w jej stylu – reflektory rzadko przecież kierują się w jej stronę). Jej oszczędność i skupienie są być może mniej efektowne, ale zupełnie naturalne. Poza tym to bohaterka, nad którą wisi fatum, w opowieść o niej wpisany jest tragizm nieuniknionego. Scena, w której widzimy ją odchodzącą w wieczornym świetle w kierunku odrzutowca, jest po prostu smutna – tak jak smutne bywają pożegnania. 

Czarna Wdowa (2021), reż. Cate Shortland

O autorce:

Komparatystka z wykształcenia, entuzjastka z natury. Wierna ejtisom, Muminkom i Debbie Harry. Pracuje w reklamie, choć chętnie by się z tego wykręciła. Po godzinach prowadzi bloga Z moich ust.

Zobacz też:

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top