The Final Girl. The Mommy. The Witch. W ciele Jamie Lee Curtis

Do niewielu aktorek krótka fryzura pasuje tak, jak do Jamie Lee Curtis. Jej charakterystyczna uroda ma to do siebie, że długie włosy wydają się naddatkiem, jakby coś zasłaniały, jakąś naturalną zawadiackość, którą lepiej manifestować, niż tłumić. 

Nic dziwnego, że swego czasu chętnie obsadzano ją w rolach łobuziar i chłopczyc, osobliwych jednak, bo intensywnie grających ciałem i seksapilem. Laurie Strode szybko wyrosła z wełnianych „ciotkowych” rajstop, w których czterdzieści lat temu przyciągnęła uwagę Michaela Myersa. 

The Final Girl

Co tu dużo mówić – występ w Halloween (1978, J. Carpenter) zdeterminował jej karierę. Po ikonicznym horrorze następne posypały się jak z rękawa. Terror w pociągu (1980, R. Spottiswoode), Mgła (1980, J. Carpenter), Bal maturalny (1980, P. Lynch), Halloween 2 (1981, J. Carpenter) – to dorobek zaledwie dwóch lat i mocny powód, by przyznać królowej, co królewskie: dożywotnią koronę scream queen. Ponoć kilka razy obiecywała sobie, że to już koniec, więcej horrorów nie będzie. A jednak najwyraźniej je lubi, co jakiś czas do nich wraca. Dystans, poczucie humoru, nieco „geekowska” natura i oczywiście ciało – otwarte, gibkie, nieustraszone – składają się na jej bardzo żywe i spójne emploi, wyraźnie rozpięte między grozą a komedią. 

Halloween, (1978, J. Carpenter)

Trudno myśleć o Curtis, oddzielając jej osobowość od ciała. Seans Nieoczekiwanej zmiany miejsc (1983, J. Landis) naznaczył całe pokolenie ekscytującym wspomnieniem nagości z zaskoczenia. Siła tamtych onieśmielających obrazów tkwi nie tylko w powabie gładkiej skóry i krągłości, ale również w naturalnej osobowości aktorki – seksapil Curtis jest charakterystyczny, idzie w parze z rezolutnością, dumą, rebelią wymierzoną w konwenanse. Uwielbiam scenę z filmu Landisa, w której aktorka zdejmuje perukę, co wypada nie mniej dosadnie niż zrzucona bez pardonu sukienka. Spod sztucznych, kręconych „na pudla” włosów uwalniają się naturalne, krótko ostrzyżone kosmyki. Twarz staje się jakby jaśniejsza, prawdziwsza i miła. Prostytutka Ophelia szczerze się do nas uśmiecha. Nie trzepocze rzęsami, nie flirtuje pełnią ust. Pozbywając się ulicznego przebrania, opowiada o konsekwentnie realizowanych planach i aspiracjach, o pieniądzach, które odłożyła na życie. Wiedzieliśmy to od początku, ale teraz ostatecznie do nas dotarło – ta dziewczyna ma głowę na karku; jest żywą postacią w tym zabawnym, choć zbudowanym na kliszach filmie. 

Nieoczekiwana zmiana miejsc, (1983, J. Landis)

Przewrotne jest, że aktorka, która zasłynęła rolą melancholijnej, obudowanej ciężkimi tkaninami dziewczyny z naręczem książek pod pachą, w kolejnych filmach odsłania ciało wyjątkowo często i bezpruderyjnie. Jest z nim oswojona, żywiołowo się przez nie komunikuje. Choć w tamtym czasie przypomina modelki „Playboya”, nie jest fikcyjną fantazją, ale dobrą kumpelką i towarzyszką przygód. Seksapil nie wchodzi w konflikt z osobowością, z ciała wyziera dusza. 

Długa scena tańca z Balu maturalnego, w której Curtis wywija na parkiecie w rytm disco, dużo mówi o jej naturalnej swobodzie – szczupła sylwetka intensywnie pracuje, w ruchu odbijają się: radość, młodość, zabawa. Skok o kilka lat wprzód i można przywołać występ w Być doskonałym (1985, J. Bridges), gdzie wcieliła się w instruktorkę fitness. Obcisłe legginsy i body uwydatniają każdy fragmencik jej wysportowanej postury. Aerobik w wykonaniu Curtis wygląda bardziej jak pierwotny rytuał niż sportowe zajęcia, biodra i pośladki wyginają się prowokacyjnie, to w przód, to w tył. W Mgle i Road Games (1981, R. Franklin) zagrała hardą, wolną duchem autostopowiczkę, w Grandview, U.S.A. (1984, R. Kleisner) kobietę o nieprzypadkowej ksywce „Mike”, wzbudzającą szacunek równiachę, która organizuje miejscowe derby. Role te, w jakiś sposób chłopackie, konsekwentnie zostały naznaczone erotyzmem.

W Mgle jej bohaterka idzie do łóżka ze świeżo poznanym facetem, co daje początek partnerskiej przygodzie, w filmie Kleisnera uprawia seks z dużo młodszym chłopakiem; to noc pełna namiętności, z łóżka pieszczoty przenoszą się do zataczającego koła na arenie samochodu. To dla niej typowe – życie łączy się z seksem, ciało z życiem. Najlepiej aktorską charyzmę Curtis odzwierciedla Rybka zwana Wandą (1988, J. Cleese, Ch. Crichton) – brawurowa komedia specjalnie pod nią napisana (Cleese zachwycił się występem Curtis w Nieoczekiwanej zmianie miejsc). Aktorka znowu używa ponętności, jest przy tym dowcipna, cwaniacka i nie boi się gwałtownej ekspresji. Nie stara się być subtelną uwodzicielką, doskonale odnajduje się w slapsticku. Znowu paraduje w miniówkach, pokazuje się w bieliźnie (film kręcono sześć miesięcy po tym, jak urodziła dziecko), głośno się śmieje i głośno mówi. Jej ciało jest już dojrzalsze, odrobinę pełniejsze, ale tym samym namacalne, zyskuje temperaturę i gęstość. Curtis przekonująco odsłania też romantyczną naturę – nieoczywista chemia między bohaterem Cleese’a a nią to jeden z bardziej zaskakujących i seksownych elementów tego filmu. 

The Mommy

Czas mija, ciało się zmienia. Trudno jednoznacznie uchwycić moment, w którym Curtis z urwisowsko-melancholijnej ostatniej dziewczyny przeobraziła się w mamuśkę. Są takie role, jak w przegiętym thrillerze Chłopcy mamusi (1993, Y. Simoneau), gdzie zagrała zepsutą żonę i matkę, przytłaczającego blond-wampa, próbującego po trupach odzyskać porzuconą rodzinę; spod intrygi prześwitują kazirodcze sugestie, matka przy dzieciach kąpie się w wannie jak przed kochankiem. Są też wspaniałe występy w obu częściach Mojej dziewczyny (1991 i 1994, H. Zieff) – tu z kolei wcieliła się w najfajniejszą w historii filmową macochę (a później matkę), ciepłą, pełną akceptacji, barwną hipiskę-makijażystkę. Ja sama byłam dziewczynką, która marzyła o takiej przyjaciółce; dojrzałej kobiecie, która rozumie, ale wciąż jest młoda duchem. I wreszcie ten słynny striptiz w Prawdziwych kłamstwach (1994, J. Cameron). Znowu matka, i znowu żona (tym razem ugrzeczniona i nieco niezdarna) za sprawą wyjątkowych okoliczności podszywa się pod prostytutkę zmierzającą na spotkanie z klientem. Przed wejściem do apartamentu widzi swoje odbicie w mijanym lustrze. Bufiaste rękawy i wymyślny kołnierz nagle zaczynają przeszkadzać. Zdziera je więc z siebie, zostawiając sam korpus sukienki – małą (bardzo krótką) czarną. Biust wypycha do przodu, usta maluje na czerwono, wodą z wazonu wygładza włosy. I wkracza do akcji. Cudowny jest moment, w którym tańczy, najpierw niezręcznie, zalękniona, a potem coraz odważniej, wreszcie ultraseksownie, jakby wydobywała z siebie stłumioną naturę, celowo przykrytą przez rolę mamuśki. Curtis to wspaniała komediowa aktorka. Znakomicie odgrywa ślamazarność i determinację w scenach akcji, jednocześnie nie tracąc autorytetu. Jest kobietą z krwi i kości. 

To inspirujący wzorzec – kobieta z Hollywood pogodzona na ekranie z przemianami zachodzącymi w ciele. Coraz okrąglejsza, naturalnie naznaczona zmarszczkami, wciąż wypada stymulująco, nie chowa się i nie udaje. Jak w Krawcu z Panamy (2001, J. Boorman), gdzie widzimy ją jako dumną postać w średnim wieku, w mocno wyciętym kostiumie kąpielowym; jej ramiona są miękkie, biust pełny, twarz niezmiennie budzi zaufanie. Dystans do starzenia się udowodniła w Zakręconym piątku (2003, M. Waters), energetycznej komedii o konflikcie matki i córki. Za sprawą zaklęcia bohaterki zamieniają się ciałami, teraz w ciele „poważnej” terapeutki skrywa się zbuntowana nastolatka. Aktorskim zadaniem Curtis, wówczas czterdziestopięcioletniej, było odzwierciedlenie ekspresji i mimiki młodej dziewczyny. Zrobiła to bez kompleksów, jak królowa komedii, z  naddatkiem koniecznym dla uwiarygodnienia nieprawdopodobnej sytuacji; znowu nie bawiła się w subtelności, nie krygowała siebie. Okrzyk przed lustrem – „o rany, jestem stara” – to dowcipna manifestacja dystansu i samoakceptacji. Podobnie dzieje się w komedii Święta, Last Minute (2004, J. Roth), gdzie w jednej ze scen widzimy Curtis w skąpym, żółciutkim bikini. Aktorka nie ma nic do ukrycia, odsłania przed widownią ciało prawdziwe i szczere, ciało matki i dojrzałej kobiety.  

The Witch 

Niezmiernie cieszy stała obecność Jamie Lee Curtis na ekranie, która w ostatnich latach nabrała intensywności. Rian Johnson inteligentnie wykorzystał w Na noże (2019) jej mocny wizerunek: diwa w różowym kostiumie i okrągłych okularach nosi w sobie dowcip, budzi respekt. Brawurowy jest jej powrót do postaci Laurie Strode, która w nowym Halloween (2018, D. G. Green) odsłania zaskakujące oblicze. Wzorcowa, choć niezdemaskowana wiedźma, żyjąca gdzieś w lesie, w odosobnieniu, w swojej chatce-pułapce. Z siwą burzą włosów, naznaczona przemocą i traumą, przekracza granicę świata doczesnego i przywołuje nadprzyrodzone moce, by stanąć do równej walki ze złem. Jej twarz jest zacięta i nieprzejednana, srebrne pasma to barwy bojowe, zmarszczki są atutem, świadectwem mądrości i siły.

Halloween (2018, D. G. Green)

O autorce:

Kinofilka. Komparatystka z wykształcenia, entuzjastka z natury. Wierna ejtisom, Muminkom i Debbie Harry. Pracuje w reklamie, choć chętnie by się z tego wykręciła. Po godzinach prowadzi bloga Z moich ust.

Zobacz też:

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top