Groza czai się w mrozie, czyli o eko horrorze podbiegunowym

Najbardziej niedostępne zakątki Ziemi od zawsze intrygowały ludzkość. Możliwość podboju nieprzyjaznych połaci naszej planety (i co za tym idzie – owocnej eksploracji) łechtała ego niejednego podróżnika, jak i stanowiła cel wielu wypraw. Jednak natura bywa okrutna, a cena, jaką ludzkość płaci za bezmyślną eksploatację jej zasobów i wyniszczający cywilizacyjny postęp, jest sroga. 

Wątek ekologiczny zaczął pojawiać się w filmach na dość szeroką skalę już w latach 70. Od tego czasu filmowcy coraz chętniej wykorzystywali ten motyw, by zwrócić uwagę na gwałtownie postępujące problemy współczesnego świata. Sporo w tej dziedzinie zawdzięczamy kinu grozy i choć wiele omówionych poniżej historii to w głównej mierze wymysły płodnych scenopisarskich umysłów, oglądane po latach coraz bardziej zyskują na aktualności.

Ostatnia zima (2006), reż. L. Fessenden

Gdy mowa o arktycznym horrorze, pierwszy tytuł w głowie każdego fana to oczywiście carpenterowski remake The Thing from Another World czyli Coś z 1981 roku. Metafora filmowego Obcego jako niszczycielskiego wirusa, powoli zarażającego ludzkość, by przejąć nad nią kontrolę i zniszczyć, w dobie covidowej plagi stała się zaskakująco popularna. Wzbogacenie historii o wątek izolacji na surowym arktycznym zadupiu jedynie podkręciło atrakcyjność tego kultowego filmu, nie tylko w czasie lockdownu (istnieje coroczna tradycja oglądania filmu Carpentera podczas ostatniego dnia arktycznej wiosny przez wiele stacji badawczych, choćby brytyjskiej). Motyw tajemniczego zła zagrażający człowiekowi, będącego bezpośrednim wynikiem jego niszczycielskiej działalności, świetnie pokazała Ostatnia zima Larry’ego Fessendena. Ten niezależny horror skupia się na konflikcie ekologa Jamesa Hoffmana (James Le Gros) z szefem ekipy wiertniczej (Ron Perlman) gdzieś na bezludnych połaciach Arktyki. Obaj pracują dla KIK Corporation, firmy zajmującej się odwiertami w poszukiwaniu cennej ropy. Przełomowy wykop wraz z postępującym globalnym ociepleniem uwalnia coś, co do tej pory było głęboko skryte w lodzie. Niespodziewanie ekipę zaczynają dręczyć omamy i halucynacje, napady szału i wysokiej gorączki. Ekolog i szef ekipy wiertniczej stanowią wcielenie Wiary i Rozumu, ten pierwszy dość szybko zauważa, iż z przyrodą wokół jest coś nie tak i grzmi na alarm. Tytułowa „ostatnia zima” jest według niego finalnym procesem, w trakcie którego natura przeciwstawia się człowiekowi i jego chciwemu wpływowi na środowisko. „Niedorzeczne” teorie mężczyzny są zbywane przez tego drugiego (oczywiście do czasu, kiedy jest już za późno). Zwiastunem najgorszego, a może i aniołem zemsty za sukcesywnie wyniszczaną Matkę Ziemię, jest tutaj widmo mitycznego Wendigo. Według zapisków historycznych, istniało tzw. zjawisko Psychozy Wendigo, czyli „opętania” przez tego ducha w sytuacji skrajnego wygłodzenia organizmu, czego skutkiem była na przykład ucieczka w kanibalizm (takie przypadki zaobserwowano w Kanadzie wśród indiańskich traperów). Z czasem mityczny potwór stał się również metaforą zniszczenia. Według indiańskich wierzeń Wendigo symbolizuje zachwianą równowagę: dotyczy to zarówno ludzi (nadmierna chciwość, popęd czy konsumpcja), jak i przyrody (lub raczej destrukcyjnego wpływu człowieka na nią). Dysharmonia i brak kontroli stanowi idealną pożywkę dla tej istoty i prawdopodobnie stąd jej obecność w Ostatniej zimie. Warto odkopać film Fessendena, bo w dobie tzw. elevated horror ze stajni A24, jest to rzecz, która poniekąd wyprzedziła ten trend o kilka dobrych lat.

Terror (2018-), twórcy D. Kajganich, M. Borenstein, A. Woo

Konflikt silnych osobowości, rozgrywający się na tle nieokiełznanej i brutalnej natury, to także temat serialu Terror – fabularyzowanej opowieści o nieudanej ekspedycji pod wodzą Johna Franklina. Ego i pycha doprowadzają do tragedii, a zimno, szalejący szkorbut i głód przypieczętowywują los załogi. Jednak to nie one stanowią największe zagrożenie tej wyprawy, tylko ludzkie szaleństwo i nadludzka… istota. Dan Simmons, autor literackiego pierwowzoru (a za nim twórcy serialu), do swojej opartej na faktach opowieści dorzucił wątek nadprzyrodzony. Tuunbaq to morderczy potwór inspirowany innuickimi wierzeniami (a konkretnie Tuurngaitem, zabójczą zjawą, która może być dobra albo zła, w zależności od intencji osoby jej wywołującej). Tuunbaq jest tutaj głosem natury i tego, co nieznane, strażnikiem stojącym u bram ludzkiego poznania, chroniącym tajemnic arktycznej tundry i świata jej mieszkańców. Jego rola jest jasna: nie wszystko można zagarnąć, okiełznać oraz podbić. Cywilizacja zachodnia, a konkretnie biały człowiek, nie powinien się wywyższać i rościć sobie prawa do wszystkiego. Zamiast podboju, należałoby dążyć do harmonii i szacunku. Istnieją na Ziemi obszary, gdzie zachodnia stopa stanąć nie powinna, bo to nie jej miejsce i Tuunbaq jest tego bolesną inkarnacją. Francis Crozier (Jared Harris) jako jedyny ostatecznie wyciąga z tego lekcję. Sam serial to przede wszystkim świetne studium charakterów, podbite umiejętnym sączeniem grozy. Rzecz być może dla tych bardziej cierpliwych, ale według mnie wciągająca bez reszty dzięki unikalnemu pomysłowi łączącemu historię i fikcję, plejadzie zdolnych brytyjskich aktorów, klimatowi tajemnicy, jak i (im bliżej finału) sporemu ładunkowi emocjonalnemu.

Unnatural (2015), reż. H. Braxtan

Ten obraz prędzej znajdziecie w koszyku z przecenionymi DVD w supermarkecie niż na listach najlepszych filmów grozy. Klasyczny creature feature z wątkiem eko horroru opowiada historię wpływowej korporacji, która pod płaszczykiem troski o przyrodę eksperymentuje na zwierzętach, by dać im większą „szansę” na przetrwanie w czasach coraz większej ekspansji przemysłowej. Jak nietrudno się domyślić, eksperyment ma fatalne konsekwencje: „wzmocniony” misiek polarny zaczyna ochoczo dybać na grupę ludzi przebywających w pewnej leśnej chatce gdzieś na malowniczym zadupiu Alaski. Cała produkcja wali taniością i sztampą z każdego kadru i żal tu jedynie Jamesa Lemara. Jednak sam pomysł jest ciekawy, bo stawia pytanie, jak głęboko można ingerować w ekosystem, dopóki ten (nomen omen) nam się nie odgryzie? Zanim nasi bohaterowie uświadomią sobie, iż zabójczy misiek to laboratoryjny wytwór chciwej korporacji, są święcie przekonani, iż prześladuje ich „Człekożerca” – zjawa z wierzeń rdzennych mieszkańców Alaski, duch zemsty w ciele niedźwiedzia, przysłany by ukarać białego człowieka za krzywdy wyrządzone na Indianach (podobny wątek pojawia się w Przepowiedni [1979] Johna Frankenheimera).

Fortitude (2015-2018), twórca S. Donald

W syberyjskiej tundrze ukryte głęboko w zmarzlinie czyhają w uśpieniu mikroorganizmy, które na skutek gwałtownego ocieplenia klimatu, mogą narobić sporo szkody ludzkości. Pięć lat temu, gdy na Półwyspie Jamalskim niespodziewanie pojawił się wąglik, okazało się, że jest to uśpiona bakteria, która lata temu dziesiątkowała renifery, a po przebudzeniu przeniosła się na ludzi. Zmiany klimatyczne sprawiają, iż takich tykających bomb będzie jeszcze więcej i to tylko kwestia czasu zanim kolejny prehistoryczny patogen czy zmutowany wirus zaatakuje człowieka. Ten wątek świetnie wykorzystuje serial Fortitude zrealizowany dla brytyjskiej stacji Sky. Otóż na początku mylnie wydaje nam się, iż czeka nas kolejny scandi noir, ale zrobiony w sposób zachodni (w jednej z ról pojawia się znana z kultowego Dochodzenia Sofie Gråbøl). I przez kilka pierwszych odcinków naiwnie wierzymy, iż właśnie w tym kierunku popłynie serial (jest tajemnicze morderstwo, małe, pozornie idylliczne miasteczko i jego mieszkańcy skrywający wiele sekretów). Jednak gdzieś w połowie opowieści klasyczny kryminał skręca w rejony horroru cielesnego. Odnalezione szczątki mamuta kryją w sobie zahibernowane osy, które, wybudzone z milionowego snu, zaczynają powoli infekować rezydentów miasteczka, sprawiając, iż ofiary wpadają w morderczy szał, często zakończony aktem kanibalizmu. W drugim sezonie pojawia się wątek szamanizmu, a na arenę wkracza też bezwzględna BigPharma, przeprowadzająca tajemnicze eksperymenty. Fortitude to rzecz niewątpliwie zaskakująca, ponura i brutalna. Doskonale wykorzystuje miejsce akcji do opowiedzenia historii z jednej strony mocno współczesnej (nauka kontra tajemnice natury), a z drugiej odważnie czerpiącej z folkloru i mistycyzmu. Wisienką na torcie jest fajna, charyzmatyczna kreacja Richarda Dormera i mocno tragiczna postać grana przez Roberta Sheehana.

Śmiertelna odwilż (2009), reż. M. A. Lewis

Ten horror to albo współczesny ukłon w stronę Coś albo bezpośredni rip-off ósmego odcinka pierwszego sezonu Z Archiwum X („The Ice”). Z drugiej strony, wspomniany epizod również sporo zawdzięcza filmowi Carpentera. Ponownie mamy do czynienia z odosobnioną stacją badawczą i obcym organizmem zarażającym jej mieszkańców. Nie są to jednak pasożyty jak w serialu, ani Obcy z kosmosu jak w filmie, tylko bezkręgowce znalezione (podobnie jak w Fortitude) w zamrożonym mamucie. Na ich trop wpada naukowiec i aktywista Dr David Kruipen (Val Kilmer). Odkrycie, które miało być przełomem, okazuje się przekleństwem. Robale dość szybko się mnożą i przechodzą na ludzi, fundując im obrzydliwy i powolny zgon. Podobnie jak w Coś, jedynym rozwiązaniem pozostaje odcięcie się od reszty świata i niedopuszczenie do infekcji nikogo spoza stacji. Wspomniany naukowiec widzi w tym szansę na „oczyszczenie” wyniszczonej na skutek ludzkiej eksploatacji Ziemi, swoisty reset naszej planety. Co więcej, aby to przyśpieszyć, gotowy jest dokonać aktu bioterroryzmu, celowo infekując siebie samego w oczekiwaniu na ekipę ratunkową. The Thaw nie jest może rzeczą ambitną, ale słabe recenzje są mocno przesadzone. To produkcja niedoskonała, ale solidna i, podobnie jak Fortitude, zawierająca dość czytelną wiadomość: postępująca i wyniszczająca ludzka interwencja w ekosystem niesie zabójcze dla naszego gatunku konsekwencje.

Zobacz też:

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top