Jak u Maryjczyków. Wywiad z Łukaszem Łuczajem

W wydanej w zeszłym roku książce Seks w wielkim lesie Łukasz Łuczaj pokazuje naturę jako przestrzeń oferującą pełne spektrum zmysłowych doznań – szczególnie dotykowych i zapachowych. Pozbawiona wulgarności pozycja to raczej czuły poradnik lub przyjazna gawęda niż pornograficzny przegląd pozycji dostępnych w plenerze. Z autorem, profesorem Uniwersytetu Rzeszowskiego, etnobotanikiem, ekologiem i popularyzatorem przyrody, Sara Nowicka rozmawia o Seksie w wielkim lesie, filmowych kontekstach, roślinach halucynogennych i różnicach między dzikim a naturalnym życiem.

Sara Nowicka: W Seksie nocy letniej Woody Allen pokazuje parę w średnim wieku, która chcąc rozpalić w sobie młodzieńcze pożądanie, udaje się na schadzkę na łono przyrody, jak za dawnych lat. Namiętność kończy się bólem pleców, otarciami, pogryzieniami i inwazją mrówek. Twoja książka Seks w wielkim lesie chroni plenerowych amatorów przed podobnymi problemami. Taka była intencja jej powstania?

Łukasz Łuczaj: Intencja była, żeby to była książka dla ludzi. Szeroki target, czyli zarówno młodzi ludzie z miasta, którzy boją się przyrody, boją się kleszczy, mają jakąś tam paranoję, jak i nawet ludzie tacy bardziej, powiedzmy, dojrzali, czy w podeszłym wieku, którzy nigdy na przykład seksu nie uprawiali w lesie i może nadszedł ten ostatni moment, żeby coś takiego robić. Albo ludzie, którzy właśnie z młodości mają wspomnienia. Bo ja mam bardzo duży oddźwięk pozytywny właśnie w takim pokoleniu w moim wieku albo starszym, który jeździł na obozy harcerskie. Więc jakby ta książka jest dla każdego. Ona jest napisana z perspektywy praktyka. Ja jestem biologiem, ale oprócz tego, że piszę artykuły naukowe to piszę poradniki, więc napisałem już w życiu poradniki kulinarne, o jedzeniu dzikich roślin, czy owadów. W każdym razie też mam bloga takiego trochę edukacyjnego, więc tak naprawdę chyba pierwszy cel był taki, żeby to była solidna dawka edukacji. Ale jestem też gawędziarzem, więc po prostu to jest taka edukacja w stylu opowieści. Mnie tutaj zainspirowała taka książka, której tytułu nie pamiętam, książka o szałasach potu (sweatlodge). Kiedyś się interesowałem rytuałem indiańskim szałasem potu i pierwsza książka, jaką dostałem o tym wiele lat temu, była bardzo dziwna. Ona była w formie przypowieści, bo autor książki powiedział, że po prostu on uważa, że pewnych rzeczy nie da się powiedzieć tak dokładnie, technicznie, tylko zanim się to zrobi człowiek musi wysłuchać kilku opowieści. Więc ta moja książka jest praktycznym przewodnikiem, ale jest przewodnikiem pisanym w formie opowieści. I te opowieści to są bardzo często historie z mojego życia, nie chcę zdradzać które (większość). Też są opowieści innych ludzi, pisane w formie „ja”. Plus wokół tego jest refleksja w stylu eseju. Dla mnie ta książka ma trzy warstwy: warstwę poradnika, DIY, takiego know how, warstwę przypowieści i warstwę eseju. Książka ta też, można powiedzieć, ma trzy warstwy w sensie energetycznym. Bo ona ma warstwę taką ziemską, chtoniczną, zwierzęcą, czysto biologiczną, takiego bzykania po prostu, jak zwierzęta robią. Ma warstwę taką ciepłą, emocjonalną, gdzie są tam jakieś bardzo ważne emocjonalnie momenty z mojego życia, tylko o tym nie mówię i ma warstwę duchową, metafizyczną.

SN: Też oprócz tego, co powiedziałeś wydaje mi się, że ta książka jest bardzo empatyczna. Jest w niej wiele zrozumienia dla osób, które nigdy nie doświadczyły przyrody w zmysłowy sposób, ale też nie oceniasz upodobań uznawanych za perwersję, np. seksu z drzewami. Pokazujesz las jako przestrzeń, w której jest miejsce dla każdego. Może nawet: w której możemy się zjednoczyć?

ŁŁ: Tak. To znaczy moja książka była oskarżona przez niektóre osoby, że jest pisana zbyt z perspektywy samczej. Ale ja też nie mogłem przesadzić z próbowaniem byciem kimś innym, dlatego, że pisałem ją sam. Gdybym ją pisał z partnerką albo z jakąś inną kobietą no to tak, ale mi jest ciężko też wejść tak do końca w inną perspektywę, tak się wczuć. Natomiast wydaje mi się, że kolejne przesłanie tej książki jest takie, że to nie tylko ma być książka o spotkaniu dwóch ludzi w lesie, ale też o masturbacji w lesie, jakiś dziwnych eksperymentach. Łączności tego człowieka z tą przyrodą. Ona ma wykraczać poza ten wymiar banalnego seksu. Bo to jest bardzo częste u ludzi, że czują takie wielkie podniecenie, będąc w lesie, szczególnie nago, kiedy jest ciepło, kiedy jest komfortowo. I to jest podniecenie byciem tą istotą biologiczną. Wreszcie zostali uwolnieni z jarzma kultury. Człowiek wchodzi do miejsca, gdzie czuje się bezpiecznie, gdzie czuje się komfortowo, jest na jakimś odludziu. On czuje się po prostu niesamowicie. I to jest takie podniecenie, które nie ujawnia się np. erekcją u mężczyzny, ale przejawia się jakimś mrowieniem na całym ciele.

SN: Właśnie więcej niż o samym seksie piszesz o zmysłowych doświadczeniach. O przeżywaniu przyrody przez węch, wzrok, smak, słuch czy dotyk. Pokazujesz, że las, może dać nam bodźce, których brakuje w mieście – choćby możliwość dotykania różnych faktur i czucia różnych zapachów.

ŁŁ: Tak, to jest to, co często mówię, że ta książka jest taka zapachowo-dotykowa. Tak naprawdę może ją zrozumieć człowiek, który jest niewidomy. Równie dobrze można by jego wziąć do lasu i jego przeżycia byłyby bardzo podobne. Ja tam bardzo mało operuję kształtami i kolorami – prawie w ogóle kolory się nie pojawiają. Poza złotym światłem, jakimiś kwiatami, ale ogólnie operuję w perspektywie bliskiej, zbliżenia takiego i dlatego to jest bardzo dotykowe. Aczkolwiek, marzyłby mi się film zrobiony w postaci takich miniatur erotycznych. Takiego Dekameronu leśnego, który by pokazywał różne sytuacje. To jest moje marzenie, żeby współpracować z jakimś reżyserem i pomóc mu to wyartykułować, co ja miałem na myśli.

SN: Chciałam dopytać o oskarżenia o samczą perspektywę. Przecież w Seksie w wielkim lesie obecny jest damski pierwiastek – w postaciach ilustratorki Julii Gmosińskiej i autorki obrazu na okładce Katariny Janeckovej-Walshe.

ŁŁ: Tak, to trochę zmiękczyło sytuację. Autorkę ilustracji zaprosiłem do projektu, bardzo podobały mi się jej prace. Pytałem też innych ilustratorek, które opisywały mi swoje pomysły, ale do końca nie czułem tego, co one rysowały. Julia się najbardziej sprawdziła. Natomiast Janeckovej, której obraz jest na okładce, nie znam osobiście. To jest Słowaczka, która wyszła za kowboja z Teksasu. To malarka, którą moja siostra wyczaiła. Moja siostra jest takim moim proxy w świecie sztuki. Janeckova jest radosna, jest w niej wielka radość z własnego ciała i seksualności. Bardzo, bardzo dobrze odbieram jej prace. Tak, więc jest tam trochę kobiety. Książkę też przed wydaniem dałem do przeczytania mojej byłej żonie, bo tam się też pojawiają historie z czasów naszego małżeństwa. Chciałem, żeby mogła powiedzieć czy jej się podoba czy nie podoba to, co napisałem. I ona była zachwycona, o co ją nie podejrzewałem. I mówi: super, publikuj.

SN: To, co mi się podoba w tej książce to jej nieco terapeutyczny wydźwięk. Szczególnie zakończenie, w którym radzisz znajomej pójście do lasu z nowym, powściągliwym partnerem, chodzenie przez 40 minut i znalezienie kłody, by mogli poczuć się bezpiecznie, jest potraktowaniem pójścia do lasu jak swego rodzaju terapii.

ŁŁ: Może. To znaczy dla mnie w ogóle spacer dwojga ludzi jest niesamowity. Nie chodzi o seks, ale o drogę, o to jak energia miejsca, rytm spaceru oddziałuje na nas. Zresztą sam seks w lesie nie jest tak statyczny, on jest spacerem. Możemy zacząć go w jednym miejscu, skończyć w innym. Albo nie skończyć. On jest zupełnie inny. Może się nie wydarzyć w ogóle. To jest kolejny temat na książkę – seks, który się nie wydarzył. Nasze spacery, nasze fantazje, które się prawie spełniły. Coś tam się wydarzyło, spadł deszcz albo coś i nic nie wyszło.

SN: Przywołujesz w książce film Niebiańskie żony Łąkowych Maryjczyków (2012) i właśnie on mi się kojarzy z tym, o czym mówisz, z takim erotyzmem, który jest blisko przyrody. Czy są jeszcze inne tytuły filmowe szczególnie Ci bliskie?

ŁŁ: Ten film mnie zafascynował i w ogóle ludzie, którzy przychodzą do mnie do domu mówią: „Boże, u ciebie jest jak u Maryjczyków!”. Mówią, że atmosfera u mnie jest taka. Też dlatego, że mieszkam w takiej starej drewnianej chacie z niebieskimi oknami, dookoła mam brzozowy las, ludzie się tu czują jak w Rosji. Ten film bardzo mnie zafascynował. Magnetyzuje mnie. Ja w ogóle myślę, że byłem Maryjczykiem w jakimś poprzednim wcieleniu albo może mam maryjską krew? Czuję gdzieś te geny swoich przodków. To jest takie absolutnie niesamowite.

Jest jeszcze bardzo piękny film tego reżysera Ovsyanki (Milczące dusze, 2010, reż. Aleksiej Fiedorczenko). Jest tak zupełnie inny, ale tak poruszający! Przepiękny film.

Natomiast z innych filmów… Filmem, który ostatnio bardzo mnie zafascynował jest film Granica, szwedzki. O parze trolli. Boże święty, ja jestem taki jak ta kobieta! Moja siostra mi ten film podrzuciła i mówi: „Łukasz, zobaczysz siebie w wersji żeńskiej”. On był tak wzruszający! Bardzo mi się podobał.

Ja mam niedosyt trochę w ogóle. Mam wrażenie, że przedstawienie aktów seksualnych w filmach raczej jest klasyczne, w tym sensie, że ludzie leżą na ziemi najczęściej. Albo stoją. Nie widziałem np. filmu, gdzie ludzie kochają się na pniu drzewa, albo wiszą na lianie.

SN: Fragmenty, w których pisałeś o naturalnych lubrykantach i dildach, które można znaleźć w leśnych zakamarkach skojarzyły mi się z filmami Waleriana Borowczyka. U niego bohaterki w dążeniu do rozkoszy korzystały np. z ogórka, róży czy królika. Jednak u niego miało to wydźwięk surrealistyczny, a w Twojej książce jest na serio.

ŁŁ: Super! Borowczyka przeoczyłem, a przecież moja siostra mi o nim kilka razy opowiadała. Nie mogę sobie tego podarować. Więc po prostu może ta książka ucierpiała na tym. Też do końca nie wiedziałem, na ile ona zostanie zrozumiana. Ona akurat zyskała duże grono czytelników, więc jakby jestem zachęcony. Gdybym wiedział, że tak będzie to bym się przygotowywał na to. Ale ja nie byłem nawet pewny czy wydawcę znajdę…

SN: Zajmujesz się naukowo etnobotaniką. Wytłumacz proszę czym charakteryzuje się ta dziedzina.

ŁŁ: Etnobotanika to nauka badająca znaczenie roślin w kulturze. Ona głównie zajmuje się badaniem roślin w społecznościach tak zwanych tradycyjnych, które mają wiedzę przekazywaną z pokolenia na pokolenie, często niepiśmienną. Oczywiście coraz mniej jest tej wiedzy, dlatego badacze „czepiają się” teraz rzeczy współczesnych. Na przykład ostatnio ukazała się praca  kolegi ze Słowenii, Karsten Fatur, na temat używania roślin halucynogennych u młodych ludzi ze Słowenii. Więc można przenieść na badanie współczesności i to też będzie etnobotanika. Tak jak mamy etnografię i etnologię miasta, my coraz bardziej przenosimy to do miasta i współczesności. Natomiast etnobotanika ma takie trzy źródła, tak myślę. Po pierwsze, sama nauka, pod tą nazwą, kształtowała się głównie w Ameryce podczas pierwszych prób takiego systematyzowania, zapisywania wiedzy indiańskiej, ginącej. Drugie źródło to jest fascynacja roślinami magicznymi i halucynogennymi, i tutaj takim pionierem wielkim był Richard Evans Schultes. To był genialny amerykański podróżnik, jest nawet taki film dokumentalny, dostępny w sieci, bardzo prosty, ale pokazuje wiele wywiadów i scen z historii halucynogenów, nazywa się Od Pejotlu do LSD (Peyote to LSD – A Psychedelic Odyssey). On sam przez Amazonię przez wiele dni podróżował, doszedł do wielu plemion, trudnych w ogóle do skontaktowania i stamtąd wyciągał rośliny. Był bardzo zasłużony w poznaniu grzybów halucynogennych, ceremonii pejotla i właściwie on zidentyfikował czym jest ayahuasca. Więc jedna osoba tego dokonała. Dokładniej może kilka osób, bo tam było dużo zaangażowanych badaczy, ale on jeszcze działał później bardzo aktywnie w etnobotanice, był nawet redaktorem pisma „Economic Botany”. Można powiedzieć, że on był pierwowzorem Indiany Jonesa. Trzecie źródło to jest taka nieprzerwana tradycja wiedzy zielarskiej, która jest w Europie, czy Chinach od tysiącleci. Przekazywana też w postaci zielników starych, starożytnych i renesansowych. Etnobotanika pod swoją nazwą zaczęła się pod koniec XIX wieku, ale jako rodzaj domeny, zainteresowania, ona zawsze istniała. Bo zawsze byli zielarze, zawsze ludzie sobie tę tradycję zapisywali albo przekazywali ustnie.

SN: W Polsce jest ktoś kto się zajmuje halucynogennymi roślinami?

ŁŁ: Praktyków jest wielu (śmiech). Na badanie halucynogenów w etnobotanice patrzy się z przymrużeniem oka. W Polsce były takie bardzo drobne przyczynki, przy grzybach halucynogennych. Ja pracowałem kiedyś w pokoju z panią dr Barbarą Sadowską, która jako pierwsza w Polsce napisała w „Higienie polskiej” artykuł, ze trzydzieści lat temu, „Grzyby halucynogenne Polski” gdzie na sobie testowała te grzyby, kilkanaście gatunków. Jest jedna osoba, Kuba Babicki. To taki niesamowity człowiek, który właśnie fascynuje się bardzo halucynogenami i on w Amazonii pracował jakiś czas i on popularyzuje w ogóle wiedzę zielarską. On nie jest naukowcem w tym sensie jak ja, nie robi prac naukowych, terenowych, nie pracuje na uniwersytecie, ale jego wiedza jest bardzo głęboka. Dwa razy go spotkałem w realu i muszę powiedzieć, że to był przykład kogoś, kto ma wiedzę, połączoną ze zrozumieniem praktycznym, jakąś duchowością i mi się to bardzo podobało. 

SN: Zostałabym przy kontekście Polski. Prowadziłeś taki projekt przedstawiający bukiety robione na święto Matki Boskiej Zielnej. Co z roślinami, którymi się otaczamy, mogą powiedzieć o nas, jako społeczności? Co stosunek do roślin mówi o danej kulturze?

ŁŁ: Polska jest krajem, gdzie dzikie rośliny jadalne są dosyć mało cenione, szczególnie te warzywa liściowe. Ja nawet stworzyłem takie pojęcie „herbofobia” i „herbofilia”. Polska jest herbofobowa – ludzie nawet jak piją zioła, to ich nie jedzą. To znaczy – ludzie traktowali te rośliny warzywne jako ostateczność, tzn. lebiody, pokrzywy, jako coś na przednówku, taki zapychacz okresowy. Natomiast są kraje, gdzie ludzie się fascynują jedzeniem liści. W Azji szczególnie. Tam jest tak, że w jednej wspólnocie ludzkiej może być nawet sto gatunków warzyw liściowych. Zanotowałem osobiście sto dwadzieścia gatunków roślin jedzonych w jednym paśmie górskim w Chinach.

SN: Dlaczego tak wypieramy te rośliny?

ŁŁ: To jest jedno, zaraz do tego wrócę. Drugie – Polacy bardzo lubią rośliny lecznicze. Na przykład w Polsce takie przesądy z pogranicza ziołolecznictwa i magii zachowały się bardzo dobrze. Zachowały się lepiej niż inne elementy wiedzy o roślinach. Uroki, właśnie święcenie roślin – Polacy to lubią. Ta religijność polska jest taka bardzo specyficzna, bardzo pogańska – mi się to bardzo podoba. Natomiast przy tym trzeba powiedzieć, że sam zwyczaj święcenia bukietów na Zielną to jest zwyczaj germański. To nie jest słowiańskie – na południowej słowiańszczyźnie nie mamy tego zwyczaju. Pisał o tym Józef Rostafiński – że jest to połączenie święta święcenia pierwszych plonów, żydowskiego Szawuot ze święceniem ziół poświęconych jakiejś boginii germańskiej. Potem osadnicy niemieccy przywieźli to do Polski. No i grzyby – my zbieramy dużo grzybów. Tu stoimy bardzo dobrze, jesteśmy mykofilami (osoby lubiące grzyby, pozbawione strachu przed nimi). Mój doktorant Marcin Kotowski zrobił pracę dotyczącą zbierania grzybów w okolicach Warszawy i skonstruował najdłuższą listę grzybów zbieranych na świecie. Nie mamy się czego wstydzić. Powinniśmy się wstydzić tylko tego, jak mało jemy warzyw liściowych. Ja staram się to zmienić, to jest moja misja, żeby Polaków nauczyć jedzenia liści.

Pytałaś z czego to wynika, wypieranie liści – z tego, że zbieracze i łowcy jedli mało liści. Bo oni polowali na zwierzęta i wystarczyło, że znali dwa-trzy gatunki jakichś miększych liści, którymi można je było zagryźć, to im wystarczyło. A jedzenie liści na większą skalę rozwinęło się jako efekt prymitywnego rolnictwa, kiedy ludzie zaczęli wypalać lasy pod siew, czy prymitywnie orać. I tam się pojawiły takie różne delikatne chwasty i się okazało, że te chwasty są bardzo atrakcyjne do jedzenia. Co nie znaczy, że zbieracze i łowcy nie jedli roślin. Mamy np. badania amerykańskie pani prof. Nancy J. Turner, która badała różne plemiona zachodniej części Ameryki Północnej, jakieś ostatnie osoby, które pamiętały tą dietę pierwotną. To oni też jedli dużo warzyw liściowych, np. pędy paproci. One nie są jakieś super kaloryczne, ale mamy np. niedźwiedzie, które potrafią przez wiosnę znaczną część swojego pożywienia oprzeć na surowych pędach roślin. Bo musimy rozróżnić rośliny w lecie, które są stare, łykowate, które mają dużo celulozy od tych, które startują. Młode pędy roślin są bardzo pożywne, mają więcej kalorii, mniej celulozy, są bardziej strawne. Olbrzymi sens ma jedzenie młodych liści, świeżo wykształconych, takich, jakie się pojawiają w maju. Natomiast bez sensu jest katowanie się starymi liśćmi, pełnymi celulozy i jeszcze jakichś alkaloidów.

SN: Chciałam zapytać o pewien stereotyp, który często pojawia się w Twoim kontekście. Mimo tego, że śmiało korzystasz z nowych technologii – prowadzisz wideobloga, byłeś jedną z pierwszych osób w Polsce, która zaczęła korzystać z internetu to wciąż pokutuje myślenie, że żyjąc blisko natury trzeba odciąć się od zdobyczy cywilizacji. Tak jakby przyroda była czymś nienowoczesnym, choć przecież cały czas jest w procesie rozwoju.

ŁŁ: To jest tak, że ja kiedyś miałem takie mrzonki, żeby odciąć się od cywilizacji. Powstał nawet taki wywiad ze mną i moją byłą żoną – „Szkoda, że nie mam futra”, dostępny online, na temat tego, jak próbowaliśmy redukować cywilizację i później do niej wracaliśmy. Na początku nie mieliśmy pralki, lodówki, potem pojawiła się i pralka i lodówka, ale cały czas np. mieliśmy laptopa. Więc taka selektywność, na której łapię każdego pustelnika – jeden ma komórkę, inny samochód, jeszcze inny piłę mechaniczną, każdy ma coś. Takie zupełne odizolowanie się jest możliwe w bardzo łagodnym klimacie – jest taki pustelnik żyjący na wyspie gdzieś na południu Japonii, żyje nago i zbiera owoce morza. W takich warunkach tak, natomiast w warunkach polskiej zimy to jest niemożliwe. Dlaczego ci wszyscy hipisi jadą do Sierra Nevada czy na Kanary? – bo tam się da żyć. Ja w zeszłym roku byłem na Kanarach i byłem zachwycony – tam ludzie żyją w jaskiniach, palą jointy, patrzą w morze i jedzą przeterminowane banany z konteneru pod supermarketem. Tak można żyć. Natomiast u nas dziś było 0 stopni. Ludzie próbują przeżyć w tym zimnie sezon, dwa i to im brzydnie. Albo się człowiek rozpije albo wróci do bloku albo coś. Natomiast też mnie ciągnęło trochę do takiego życia intelektualnego i po prostu musiałem podjąć decyzję, co będę robił. Natomiast faktycznie przez kilka lat nie używałem pisma. Jak obroniłem doktorat w wieku 26 lat to zrobiłem sobie kilka lat odpoczynku od kultury i cywilizacji. Uczyłem co prawda angielskiego, dwa dni w tygodniu w prywatnej szkole, ale poza tym to ani dużo nie czytałem, ani nie pisałem – rąbałem drzewo, zbierałem nasiona do mieszanki, budowałem szałasy, mieliśmy małe dziecko – żyliśmy blisko ziemi, tak bardzo biologicznie. I powiedzmy to było tak przez trzy lata. Potem zacząłem wracać przez to, że zacząłem pisać książkę Dzikie rośliny jadalne Polski i to był tak naprawdę powrót do nauki i do pisania.

Ale, co ciekawe, byłem właśnie jednym z pierwszych użytkowników Internetu w Polsce, kiedy jeszcze był tylko w Warszawie, na uniwersytecie, na początku 1992 roku. Przeciwieństwa się przyciągają. Ja się zadaję albo z takimi prostymi chłopami, co mieli problem ze skończeniem podstawówki albo wysokiej klasy specjalistami z różnych dziedzin nauki, to są dla mnie dwie najciekawsze kategorie ludzi.

SN: Z perspektywy dzisiejszych czasów, np. sytuacji związanej z pandemią, czy ta wiedza dotycząca roślin może nam się przydać? Może pomóc?

ŁŁ: To jest kolejny gigantyczny temat na kilka wywiadów czy książkę – koronawirus i powrót do natury. Mnie to przeraża, co się dzieje na świecie. To znaczy, coś się musiało wydarzyć – albo jakiś duży kryzys ekologiczny, militarny albo właśnie pandemia. Ja właściwie przygotowuję się do tej pandemii czy jakiegoś kryzysu od roku 1997, kiedy kupiłem to swoje pole. Ja cały czas o tym myślałem – kiedy będzie kryzys, ja będę miał to pole, ten las, on mi będzie dawał jedzenie, nie będę musiał orać, tam mi spadną owoce z drzew, będę mieszkał w szałasie i będę mało dotknięty tym wszystkim. Dokładnie teraz pół życia tutaj mieszkam, miałem 24 lata – to naprawdę wcześnie, żeby kupować ogromny kawał ziemi. Ale mi się wydawało to wielkim potencjałem, że jako stary człowiek będę miał bardzo długą perspektywę w jednym miejscu, to jest bardzo ciekawe. Wracając – mnie to bardzo boli, bo ja jestem taką osobą wolnościową, która uważa, że ludziom nie powinno się narzucać pewnych rzeczy, np. maseczki mnie bardzo bolą. Jest powiedziane – oddaj Cesarzowi, co cesarskie, Bogu, co boskie, więc rozumiem, że państwo ma tam swoje zasady i jeśli jest duży sklep albo duża społeczność to faktycznie, te maseczki mogę nosić, bo one mogą trochę pomóc. Wchodząc do sklepu zawsze karnie zakładam maseczkę, ale narzucanie ludziom noszenia maseczek na ulicach albo narzucanie obostrzeń z dnia na dzień, mówienie ile osób może przebywać w twoim domu, czy doprowadzanie dużych grup społecznych do bankructwa, bez wprowadzenia jakichś poważnych programów społecznych, to jest duża porażka tego państwa.

Natomiast a propos dzikości to napisałem taką książkę W dziką stronę, ona jest dostępna za darmo na moim blogu. Ta książka jest cały czas na 200 stronach analizą tego, co jest naturalne i dlaczego coś odrzucamy, a dlaczego nie odrzucamy. Bo to właśnie było straszne zmaganie. Miałem wyrzuty sumienia, bo miałem ideał młodego człowieka, który by chciał być dziki, a potem myślę, ale to jest smutne i nudne w tej zimnej Polsce. No i ten ostracyzm społeczny, próbowałem w ziemiance mieszkać to też takie śmichy, chichy były ze mnie. Moja była żona podchodziła do tego naturalnie, ona nie ma takich ideałów, żeby być dzikim, ale jest dzika. Po prostu jest dzika, nie ma za dużych wymagań życiowych. Teraz mieszka w mieście, ale potrafi np. medytować długo, jeść przy ognisku, skromnie żyć, cieszyć się słońcem, morzem, prostym jedzeniem i ona mnie nauczyła tego, że nie ma sensu tak do tego intelektualnie podchodzić. Że właśnie jesteśmy częścią natury. Wydaje mi się, że to jest takie kobiece podejście. Oczywiście nie generalizujmy. Natomiast jest element w naturze kobiecej, takiej akceptacji wszystkiego. Jeśli coś jest potrzebne, przydatne, przyjemne to można to przyjąć, bez wnikania czy jest to smartfon czy kawałek drewna. Więc chyba się od kobiet nauczyłem takiego miękkiego podejścia. Też testem dla kultury, którą tworzymy, bo zmieniając świat narzucamy jakąś nową kulturę, nowe prawidła, testem dla tego jest – czy możemy tak dzieci wychować.

Problem z tym byciem dzikim jest taki, że to jest tylko dla pustelnika. To jest trudne dla rodziny, trudne, dla kogoś kto walczy, bo ta rodzina jest narażona na walkę – czy te dzieci pójdą do szkoły czy nie, jakie podjąć decyzje. My tego doświadczyliśmy – chcieliśmy żyć dziko, a tu moi rodzice przerażeni, itp. Uświadomiłem sobie, że jesteśmy częścią większej kultury i to jest wartością. Mówiłem o byciu naturalnym – przecież naturalne jest, że w plemionach dziadkowie przejmują opiekę nad dziećmi czy pomagają. Więc w momencie kiedy my odrzucamy kulturę, jaką mają dziadkowie, jakby zdradzamy te największe ideały tej naturalności. Albo my, którzy mieszkamy w Polsce, mówimy, dobra, wyjeżdżamy na Kanary, będziemy mieszkać w jakiejś komunie. Ale nagle porzucamy naszą rodzinę rozszerzoną, która byłaby naszym naturalnym plemieniem. Porzucamy duchy naszych przodków. I jak tu żyć?

O autorce:

Filmoznawczyni, kinofilka i flâneuse. Prowadzi bloga "Kino w zwolnionym tempie", na którym wychwala wszystko, co artystyczne, niekonwencjonalne i buntownicze. Wielbicielka surrealizmu, Béatrice Dalle i snów.

Zobacz też:

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top