I oto ona. Moja najlepsza przyjaciółka. Trujący bluszcz.

Wszystkie elementy wyróżniające ten film spośród thrillerów erotycznych lat dziewięćdziesiątych to zasługa wyjątku, jakim jest kobieta na stołku reżyserskim. Trujący bluszcz wyrasta na najsłynniejsze dzieło Katt Shei. Pomyślany jako Fatalne zauroczenie (1987, A. Lyne) w wersji dla nastolatków, swoje założenie spełnia tylko w połowie, seksualne napięcie przekierowując na dziewczęce bolączki. I dobrze.  

Katt Shea chętnie korzysta z noirowych chwytów: miękkich i parnych obrazów, narracji zza kadru (wyjątkowej, bo w wykonaniu introwertycznej i rezolutnej licealistki) oraz figury kobiety fatalnej. W tej odsłonie femme fatale to pewna siebie, atrakcyjna nastolatka, która jak pasożyt wszczepia się w tkankę zamożnej rodziny z przedmieść, karmi się nią i wykorzystuje, stopniowo zakażając i wyniszczając organizm. Skojarzenia z koreańskim hitem Parasite (2019, Joon-ho Bong) będą zasadne – kontekst klasowy jest w filmie wyraźnie podkreślony. Okno balkonowe monumentalnej posiadłości, w którym niezależnie od pory dnia powiewają lekkie firanki, stanowi zapowiedź przewrotu.

Rodzina Cooperów sprawdza się w roli żywiciela. Nadwątlona problemami, cierpi na nadmiar czułych punktów i pęknięć, przez które można się niepostrzeżenie wślizgnąć. Matka jest uzależnioną od leków hipochondryczką; ojciec to niepijący alkoholik, zmagający się z oziębłością żony i własnym starzeniem. Nawet córka, która za sprawą ironicznej i gniewnej natury wydaje się stabilniejsza od rodziców, w gruncie rzeczy łaknie uwagi; jest zahukaną outsiderką. To taki cierpki, ale delikatny typ nerdziary; więcej wie, mówi i czuje, niż robi. Oparcie znajduje jedynie w Ivy, krzykliwej reprezentantce white trash. I to ją wpuszcza do rodzinnego domu.

Trujący bluszcz

Jeśli chcesz rozbić rodzinę, wkup się w łaski ojca. Ivy wie, że uwodzenie to najlepszy sposób manipulacji. Siedemnastoletnia Drew Barrymore jest w tej roli niebywale sensualna. Blada, z blond czupryną, pełnymi ustami i pulchną buzią, wygląda jak puchar lodów śmietankowych z bakaliami i wisienką. Trochę jak dziecko, trochę jak Marilyn Monroe. Shea fetyszyzuje jej ciało – odsłania fantastyczne nogi, podkreśla wcięcie w talii, uwydatnia ciężki biust i miękkie ramiona. Bohaterka wydaje się miła jak plusz, choć jest w niej coś alarmującego. Dorosła czerwień szminki, ciemna oprawa oczu i zuchwale narzucona na plecy ramoneska zobowiązują.

Ivy jest zatem, jak przystało na erotyczny dreszczowiec, wcieleniem męskiej pokusy, fantazją faceta w kryzysie wieku średniego (apogeum tego wyobrażenia przynosi prowokująca i mocna jak na kino głównego nurtu, fantasmagoryczna scena zbliżenia). Ale nie tylko; seksualny magnetyzm bohaterki ma większy zasięg i drugie dno. Tym razem mężczyzna dzieli pragnienia z nastoletnią córką. Coop (jak przedstawia się Sylvie) durzy się w toksycznej przyjaciółce uczuciem pełnym ambiwalencji: od przywiązania po zazdrość, od pogardy i odrzucenia po uwielbienie. Emocje spisuje w pamiętniku, a jej notatki układają się w błyskotliwą narrację, jednocześnie zawadiacką i liryczną. „Ivy jest inna. Jest fenomenalna. Chcę powiedzieć, że wcześniej nie znałam nikogo, kto tak bardzo wyglądałby jak dziwka. I oto ona – moja najlepsza przyjaciółka” – słyszymy jej głos dobiegający z offu.

Trujący bluszcz

Dziewczyna jest bystra i rozumie, że Ivy nią manipuluje, ale nie opiera się. Przekazanie kontroli osobie aktywnej to atrakcyjna perspektywa – wyrywa z marazmu, daje poczucie bezpieczeństwa, zwalnia z odpowiedzialności. Czy nie na tym polegają szkolne przyjaźnie, gdy dziewczyny dobierają się w pary na zasadzie przeciwwagi? Mimo gatunkowego mundurka, reżyserce udaje się uchwycić naturalną dynamikę młodzieńczej relacji, która potrafi być równie czuła i uskrzydlająca, co toksyczna. Bohaterki śpią w jednym łóżku, wożą się po mieście stopem, odwiedzają salon tatuażu, robią te wszystkie dziewczyńskie rzeczy. W szczeniackiej kłótni wyrywają sobie studolarowy banknot (symbol walki ekonomicznej), a chwilę potem zastygają w serdecznym uścisku.

Nietrudno w tym obrazie szamotaniny dostrzec coś prawdziwego, jakąś narwaną spontaniczność, agresję i wylewność zarazem. Skomplikowana relacja między nastolatkami układa się w osobny film – obok thrillera rozgrywa się dziewczęcy melodramat. Jednak gdy granica zostanie przekroczona, gatunkowa temperatura wzrośnie. Trująca piękność zepchnie Coop na margines rodziny, osaczy ją i wyprze jednocześnie. Ukradnie ojca, pozbawi matki, ale nie straci dla przyjaciółki serca.  

Choć realizacji Shei można zarzucić przesadną kliszowość (Ivy jest zepsuta do szpiku kości), zakończenie subtelnie równoważy wrażenie nadużycia konwencji. Zła przyjaciółka, mimo pozostawionych po sobie zniszczeń, traum i poczucia dezorientacji, wciąż jest dla Coop tą ukochaną. „Myślę, że była bardziej samotna ode mnie” – pisze o niej w dzienniku. Samotność niczego nie usprawiedliwia, ale wiele tłumaczy.

Trujący bluszcz (1992), reż. Katt Shea

O autorce:

Kinofilka. Komparatystka z wykształcenia, entuzjastka z natury. Wierna ejtisom, Muminkom i Debbie Harry. Pracuje w reklamie, choć chętnie by się z tego wykręciła. Z przyzwyczajenia prowadzi bloga Z moich ust.

Zobacz też:

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top