Trzy miłości. Cztery pory roku

Zmięta pościel i zaduch. Sypialnia może być zarówno świątynią rozkoszy, jak i miejscem udręki. Smutek przykuwa do łóżka. Brakuje sił, by otworzyć okno, wpuścić słońce i świeże powietrze. Charlotte (Saoirse Ronan) z Amonitu (2021), zanim pozna Mary (Kate Winslet), pielęgnuje melancholię pod ochronnym pancerzem z białej pierzyny. Nieduży pokój to jej cela. Życie jest gdzieś indziej.   

Porównania filmu Lee z Portretem kobiety w ogniu (2019, C. Sciamma) i Światem, który nadejdzie (2020, M. Fastvold) narzucają się same. Trzy opowieści na podobny temat – miłość kobiet w kostiumowych dekoracjach, niespodziewana i niemożliwa do spełnienia – wzajemnie się przenikają. W każdej z nich cywilizacja i natura nachodzą na siebie; malarskie pejzaże sąsiadują z rzeczywistością domową. Obie przestrzenie – dom i przyroda – w zależności od chwili są miejscem wolności lub uwięzienia. Gdy Heloiza (Adèle Haenel) z Portretu… pierwszy raz od dawna opuszcza swoją posiadłość, natychmiast zaczyna biec. Zatrzymuje się dopiero przed wzburzonym oceanem. „Marzyłam o tym”, mówi do Marianne (Noémie Merlant), zachłyśnięta świeżym powietrzem. Jednak takie momenty – chwile rześkiego, ożywczego oddechu – to tylko namiastka wolności. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Heloiza jest zamkniętą w wysokiej wieży księżniczką, czekającą na ślub jak na wyrok, wyprowadzaną na spacery niczym więźniarka. Twórczyni przywołuje obrazy z lekka baśniowe. Marianne przybywa z daleka; żeby spotkać się z Heloizą, musi pokonać wielką wodę, wspiąć się po klifie. Peryferyjna okolica, opustoszała rezydencja, ocean wyznaczający granicę – to pejzaż bezludnej wyspy, z której nie ma ucieczki.

Portret kobiety w ogniu , 2019

Wzburzone morze i surowe wybrzeże to miejsce samotni Mary Anning, smutnej kobiety, która całe życie spędziła na zbieraniu skamieniałości. Bohaterka Amonitu w pewnym sensie jest wolna – pracuje, zarabia na siebie, żyje poza społecznym kodeksem. Przeczesywanie klifów przynosi jej nie tylko pieniądze, ale i satysfakcję. Gdy zapada wieczór, Mary zniszczonymi dłońmi starannie szkicuje swoje znaleziska. Czy to wolność? A może wykluczenie? Środowiska akademickie lekceważą nisko urodzoną, utytłaną błotem kobietę, choć chętnie korzystają z jej osiągnięć. Ona sama źle się czuje w ludzkich skupiskach – nie dla niej small talki i koncerty kwartetów smyczkowych. Nie dla niej miłość w wielkim mieście. Mary jest skazana na (samo)wygnanie na kamienistą plażę.  

Krajobraz w Świecie, który nadejdzie różni się od pozostałych filmów – krążymy między dwoma farmami; nie ma tu morza, ani oceanu, w zalesionej dolinie mieszkają umęczeni gospodarze. Praca jest trudna i niewyidealizowana – czuć jej mozół, opór, udrękę codziennych czynności. To sprawiedliwy zabieg. Rytm życia wyznaczają pory roku – zima potrafi być ciężka, sprowadza chorobę i głód. Ale wiosna, wraz z przebijającą się koniczyną, przynosi nadzieję.

Smętne życie Abigail (Katherine Waterston), pogrążone w żałobie po stracie dziecka, pewnego dnia rozświetla Tally (Vanessa Kirby), miedzianowłosa, przypominająca elfa nieszczęśliwa żona, nowa sąsiadka z pobliskiego gospodarstwa. Kobieta od pierwszej sceny jest kreowana na słodkie wspomnienie, wyobrażenie ukochanej osoby. Wspólne sceny domowe bohaterek – skubanie kurczaków czy wieczorny odpoczynek – spowija miękka odrealniająca poświata. Aura wolności potrafi rozmyć się w jednej chwili – dobiegający z oddali trzask gałązki wytrąca kochanki z miłosnego uścisku; zagrożenie na moment wstrzymuje oddech. Poświata znika zawsze wraz z rozstaniem. Gdy Abigail martwi się o Tally, krąży po domu jak po więziennej celi. Gdy Tally wyjeżdża, odległość między kobietami wydaje się niemożliwa do pokonania – namacalność przestrzeni sprawia ból.

Film Mony Fastvold zachwyca literackością języka. Abigail sumiennie prowadzi dziennik – zapisuje emocje i drobinki codzienności, notuje zmiany w pogodzie i krajobrazie. Często posługuje się metaforą zaczerpniętą ze świata przyrody – porównuje się do korzenia w za ciasnej donicy, ekspresję Tally do przypływu (gdyby spotkała kiedyś Mary Anning, porównałaby ją pewnie do głazu – zimnego, ale imponująco twardego). W farmerskim życiu szuka języka na opisanie uczuć. Jej słowa wyrastają z kultury i natury jednocześnie, obie przestrzenie znów na siebie nachodzą.

Pisanie Abigail przywodzi na myśl rozmowę, jaką o muzyce odbyły w Portrecie… Marianne i Heloiza. Fragment Czterech pór roku Vivaldiego ilustruje przejście letniej burzy. Agresywne smyczki, które trudno skojarzyć z najcieplejszą porą roku, pasują do niej jak ulał. „To nie jest wesoły utwór, ale żywy” – tłumaczy Marianne. Lato wróci jeszcze w finale – Heloiza słucha koncertowego wykonania. Przestrzeń filharmonii jest teraz dla niej przestrzenią wolności, podobnie jak kiedyś plaża. Muzyka przywołuje żywe wspomnienie – spacery po wybrzeżu, dotyk wiatru, pocałunki na skałach.

Bohaterki Portretu kobiety w ogniu, Amonitu i Świata, który nadejdzie często odnajdują pocieszenie na zewnątrz: gdy opuszczają ciasne klatki, uwalniają się na chwilę z opresji kultury. Ich spojrzenie w przestrzeń jest jednak szczere – niespełnienie dokucza tak w czterech ścianach, jak i na łące, ucieczka w zieleń i odosobnienie to żadna metoda. Wszyscy potrzebujemy solidnego gruntu konwenansu i akceptacji.

O autorce:

Kinofilka. Komparatystka z wykształcenia, entuzjastka z natury. Wierna ejtisom, Muminkom i Debbie Harry. Pracuje w reklamie, choć chętnie by się z tego wykręciła. Po godzinach prowadzi bloga Z moich ust.

Zobacz też:

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top