Brigitte Bardot tańczy. Dwa tygodnie we wrześniu

Kiedy odtworzymy w pamięci najbardziej charakterystyczne kadry z dwudziestojednoletniej kariery filmowej Brigitte Bardot, zauważymy, jak często powracają te same obrazy. Bardot tańczy, Bardot kocha, Bardot jest naburmuszona. Bardrot śmieje się, złości, pozuje i prowokuje. Bardot jest znudzona.

Od roli w I Bóg stworzył kobietę (1956, R. Vadim) aktorka konsekwentnie trzyma się stworzonego wówczas wizerunku wyzwolonej i zmysłowej, lecz kapryśnej dziewczyny. Kreowane przez nią postaci to rozczarowane rzeczywistością kobiety-dzieci, kierujące się sercem i wierzące w obietnice. Na artystycznym emploi Bardot zasadza się fabuła Dwóch tygodni we wrześniu (1967, S. Bourguignon). Oryginalny tytuł, À cœur joie, czyli „zgodnie z moim sercem”, wyraża credo większości bohaterek, odgrywanych przez francuską gwiazdę.

Film otwiera scena, w której Cécile i jej mąż Phillipe (Jean Rochefort) nie mogą przedrzeć się samochodem przez ulicę pełną imprezujących ludzi. On jest znudzony, ona podekscytowana, wykrzykuje w stronę kamery: „chodźmy zatańczyć!”. Jej taniec od razu zwraca uwagę – kobieta przymyka oczy i zatapia się w muzyce. Jest czystą radością, ucieleśnieniem motta o przeżywaniu w pełni każdego momentu. Z gęstniejącego wokół tłumu przebija się nieznajomy mężczyzna, który obdarza ją wyjątkowym komplementem: „jesteś piękna jak czarna Madonna prowadząca krzyżowców do Jerozolimy”. Ich drogi jeszcze nie raz się przetną.

Wprowadzenie sygnalizuje różnicę temperamentów małżonków oraz widmo zdrady, która czyha za rogiem. Cécile w związku ze starszym mężczyzną czuje się zobojętniała. Nie potrafi znaleźć sobie miejsca, nie ma na nic chęci. Jednak w przeciwieństwie do bohaterki odgrywanej przez Bardot w Pogardzie (1963, J.-L. Godard), gdzie obserwowaliśmy powolny rozpad związku, w opowieści o wrześniowym romansie kobieta może liczyć na wsparcie męża. Inaczej niż w filmie Godarda przebiegają też małżeńskie rozmowy – u Bourguignona mówi się o wszystkim szczerze. Reżyser nie pozostawia wątpliwości co do tego, że Phillipe i Cécile się kochają. Ich związek po prostu utkwił w martwym punkcie.

W Dwóch tygodniach… ważniejsze od portretowania małżeńskiej relacji jest obserwowanie całościowego rozdarcia bohaterki. Cécile ciągle zmienia zdanie – chce rzucić pracę, mimo to do niej wraca, chce wyjechać na dwutygodniową sesję do Londynu, lecz na lotnisku waha się czy nie zostać z mężem. Najchętniej to właśnie jemu oddałaby ster; na jego barki kładzie odpowiedzialność za własne szczęście. Jak mówi, „kobiety są jak dzieci, nie wolno im składać obietnic, których nie można dotrzymać”; a Phillipe obiecał, że będzie dbał o ich miłość i poczucie spełnienia.

Dwutygodniowe rozstanie miało być podróżą kobiety w głąb siebie, a stało się ucieczką w nowy romans – szalony i młodzieńczy. Trzydziestoparoletnia bohaterka desperacko chwyta się momentów spontaniczności, które zdają się niebezpiecznie szybko oddalać. Ucieczka z sesji zdjęciowej w sukni ślubnej, niekonwencjonalny nocleg w szkockim zamku i niemal dziecięce zabawy odrywają bohaterkę od monotonnej i stabilnej rzeczywistości. Codzienność coraz mocniej znaczona jest myślą o starzeniu się i przemijaniu. Wakacyjny romans, który miał być odskocznią od stabilnego, lecz nieciekawego związku, okazał się kolejną kłopotliwą sytuacją, zmuszającą Cécile do podjęcia stanowczej decyzji.

Wrzesień, miesiąc przecinania się lata z jesienią, stanowi adekwatne tło dla rozterek bohaterki, uwięzionej między dziecięcością i dojrzałością. Cécile chce się bawić i być kochana, lecz nie radzi sobie z konsekwencjami, jakie się z tym wiążą. Jej beztroska i opieszałość w wyrażaniu własnej woli zostają ukarane. Lotniskowa scena, rozgrywana według znanego schematu przybycia w ostatniej chwili przed wylotem ukochanego, ma tym razem smutną tonację. Twórcy kina, nie pierwszy i nie ostatni raz, odmawiają bohaterom nadmiernej swobody.

Jeżeli uznalibyśmy kategorię „produkcje z Brigitte Bardot” za osobną konwencję, Dwa tygodnie we wrześniu realizują wszelkie jej cechy – to film o kobiecie kochającej wolność i zmiennej jak czasy, w których żyje. Skłóconej ze sobą i ze światem naiwnej zalotnicy, która posiada mocny kręgosłup moralny, a zakochanych w niej mężczyzn rani tylko niechcący. Cécile stanowi kolaż sklejony z wcześniejszych ról B.B. To nieco przerysowany i momentami niewiarygodny konstrukt. Co więcej, w kontekście filmografii Bardot, wymowa dzieła przygnębia jeszcze bardziej. Bourguignon przypomina, że każde lato kiedyś minie, a jesienne trudy łatwiej przetrwać racjonalnym dorosłym niż roztargnionym dzieciom. Być może reżyser współczuje bohaterce, tak jak my, gdy ta ogląda przez szybę odlatujący samolot. Kto wie, czy to właśnie nie w jej naiwności i niezdecydowaniu (a nie pragmatycznym postępowaniu męża) widzi prawdziwe piękno i sens życia. Jednak rzeczywistość jest okrutna, a pokolenie kobiet, wzorujących się na francuskiej ikonie, dostaje jasny przekaz – czas dorosnąć. Nie można przetańczyć całego życia.

Dwa tygodnie we wrześniu (1967), reż. Serge Bourguignon

O autorce:

Filmoznawczyni, kinofilka i flâneuse. Prowadzi bloga "Kino w zwolnionym tempie", na którym wychwala wszystko, co artystyczne, niekonwencjonalne i buntownicze. Wielbicielka surrealizmu, Béatrice Dalle i snów.

Zobacz też:

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top