Quentin Tarantino recenzuje Wielką środę [tłumaczenie]

Poniższy tekst jest tłumaczeniem recenzji autorstwa Quentina Tarantino („New Beverly Cinema”, 26 grudnia 2019).

Choć w zasadzie wolę reżyserski debiut Miliusa Dillinger, to trudno się nie zgodzić, że epicki film surferski Wielka środa jest jego klasykiem. Fabuła rozgrywa się wokół trzech surfujących kumpli w latach sześćdziesiątych: Matta (Jan-Michael Vincent), Barlowa (William Katt) i Leroya Masochisty (Gary Busey) – wszyscy znakomicie obsadzeni. W chwilach ujeżdżania fal na plażach Południowej Kalifornii byli bogami. Z czasem, jak to się dzieje z większością bohaterów Miliusa, dni chwały mijają i przyjaciele zostają zmuszeni do powrotu na ziemię, by żyć pośród śmiertelników. Milius zaczerpnął historię z własnej surferskiej młodości, przypadającej na ten sam okres. A jednak, gdy pokazuje tę trójkę, nie dąży do realizmu. Zamiast tego stawia ją obok bohaterów legend arturiańskich. Traktuje tych gości (o których sam powie, że „wszyscy zostali dilerami”) jednocześnie jako mistycznych rycerzy i starzejących się skurczybyków z Dzikiej Bandy. Facetów, którzy przerośli innych i w momencie próby pokazali, na co ich stać. To może być meksykańska armia licząca setkę żołnierzy albo fale wielkości wieżowców w Wielkiej środzie.

Poza Wielką środą żaden z filmów wyreżyserowanych przez Miliusa nie posiada satysfakcjonującego zakończenia. Kulminacyjna rozgrywka pomiędzy heroicznym trio a monstrualnymi falami jest tak dobra, że nadrabia za całą resztę (marsz w stronę przeznaczenia inspirowany Dziką bandą wciąż jest jednym z najlepszych filmowych momentów Miliusa). Zanim nadejdzie ta chwila, film odznacza się raczej dziwaczną strukturą. Mimo tego każdy dziwaczny pomysł Miliusa działa wbrew sobie. Przydługi fragment w Tijuanie, który nie ma nic wspólnego z tematem, jest wciąż ekscytujący. Długie przejście dotyczące śmierci drugoplanowego bohatera Waxera (Darrell Fetty), okazuje się wzruszające, mimo że wszyscy na widowni mieli w dupie tego gościa.

Wielka środa

Bardziej niż jakiekolwiek dzieło reżyserowane przez Miliusa Wielka środa przesycona jest radością z robienia filmu (całą swoją karierę czekał na ten film). Obrazuje też problem, jaki pojawił się przy jego innych filmach. Co z kolei wiąże się z frustracją spowodowaną tworzeniem filmu. Gdy Wielka środa weszła na ekrany, nie mogła znaleźć swojej widowni (wówczas był to jeden z trzech plażowych filmów, jaki wszedł do kin, obok Rozmarzonej Kalifornii z Dennisem Christopherem i produkcji Malibu Beach ze studia Crown International). Gdy w pierwszych dniach film nie przynosił zysków, Milius rozważał nawet przemontowanie całości (jakby to miało go uratować). W każdym razie w latach osiemdziesiątych na pokazach dla surferów i seansach o północy od Hermosa Beach w Kalifornii po Palm Beach w Australii Wielka środa stała się jednym z ukochanych filmów subkultury, którą reprezentowała. W czasach, gdy pracowałem w wideotece plażowej Video Archives, Wielka środa była najczęściej zamawianym filmem, który nie doczekał się jeszcze wydania na domowym nośniku (The Song Remains the Same zespołu Led Zeppelin było drugie na liście).

Wielka środa (1978), reż. John Milius

O autorce:

Filmoznawczyni, kinofilka, doktorantka w Instytucie Nauk o Kulturze UŚ. Autorka publikacji na temat filmu młodzieżowego i narracji inicjacyjnych w kinie m.in. książki "Wiosenna bujność traw. Obrazy przyrody w filmach o dorastaniu". Chciałaby, żeby jej życie przypominało radziecki melodramat.

Zobacz też:

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top