Sto dziesięć bez dwóch centymetrów. Recenzja filmu Grający z talerza

W recenzji znajdują się spojlery!

Sierotę przygarnąłem, niskorosłą, wybrakowaną

Marczyk coś kręci. Targuje się ze Śmiercią ile wlezie, byle ugrać kilka dni. Dobry uczynek – przygarnięcie liliputki Janki, niedoszłej samobójczyni – wystawia na sprzedaż tak uparcie, że można zwątpić w szczerość jego współczucia. Stare ciało, postawione pod murem, rześko podskakuje w gestykulacji.

W Grającym z talerza (1995) Jana Jakuba Kolskiego Śmierć ma jednocześnie lekkość symbolu i posągowe, mocne ciało Grażyny Łęckiej-Kolskiej, ulubionej aktorki reżysera. Kogo dotknie jej pewna ręka, ten pada na ziemię jak worek kartofli. Polny kamień w jej piersi może skruszyć dopiero muzyka z innego wymiaru. Dwa bieguny, duchowość i konkret, tak naturalnie złączone w kulturze ludowej, wiąże ostatnie wypowiedziane przez Marczyka zdanie. „A podłóżcie mi tam co ciepłego pod dupę”, śmieje się nieboszczyk, ulatując ku górze.

Grający z talerza (1995)

Grający z talerza

Ze ściany spada talerz we wzorki. Toczy się po grudach ziemi, zatrzymuje, by nie rozjechać tłustej gąsienicy. Prowadzi Jankę do ciała Marczyka. Jej nowy przyjaciel leży pod drzewem. Trupia szczęka przewiązana jest chustą.

Po śmierci Marczyka skrzypek Lunda łamie swoją zasadę. Przedtem grywał tylko ze szczątków zastawy, połamanych skorup; przerwane linie zdobień czytał jak nuty. Teraz pogrąża się w transie, oddając się nieprzeznaczonej dla ludzkiego ucha muzyce. Jego ciało gnie się od przejmującej melodii, przepływa przez nie wicher. Kiedy przestaje grać, upada bez sił. Tymczasem przyciągnięty na postronku, posiniały trup Marczyka nie chce puścić talerza. Martwe dłonie zastygają na nim uparcie. Mogłoby się zdawać, że cielesna skorupka, choć od dawna pozbawiona duszy, zachowała coś z poprzedniego właściciela.

Zamaszysta ścieżka dźwiękowa rwie się jak pociągnięcia kosą.

Tylko jak my będziemy żyli?

Jance zabrakło dwóch centymetrów, by dostać się do szkoły dla niskorosłych pielęgniarek. Typowa dla uniwersum Kolskiego odmienność zostaje jednak naznaczona niezwykłością, „darem bożym”, mającym wynagrodzić dziwolągom trudy egzystencji. Coś chyba nie wyszło z tym zadośćuczynieniem, bo Janka z całą pewnością nie chce żyć. Bohaterce, obdarowanej naiwnym zadziwieniem i głosikiem Joanny Fraszyńskiej, trudno jest się wyrwać ze stanu zawieszenia – nic dziwnego, skoro każdy, łącznie z reżyserem, nie do końca widzi w niej dorosłą osobę. Tłumek gapiów, postawiony z nią twarzą w twarz na miejscu nieudanego samobójstwa, rozczula się nad nią jak nad dzieckiem.

Marczyk zabiera ją sprzed ociężałego nosa pociągu. Widocznie śmierć na torach nie była Jance pisana. Od tej pory mieszkają razem, w relacji pełnej sympatii, ale niepozbawionej elementu poddaństwa. Ona gotuje mu koperkową i myje nogi, on ukrywa przed nią innego freaka, Morkę – skrytego się w studni mężczyznę o dwóch obliczach. Kiedy Marczyka zabraknie, to on uratuje Jankę przed kolejnym samobójstwem.

Grający z talerza (1995)

Paradoksalnie, skok w głąb studni obojgu przynosi nowe. Między dwójką odszczepieńców natychmiast wykluwa się porozumienie. Morka, wciąż roztrzęsiony, komplementuje twarz dziewczyny, nieśmiało, rwącym się głosem. Zachwyca się nią szczegółowo, po kawałku – chwali „oczy jak bławatki”, „bródkę okrągłą jak piłeczka”. Dla Janki to także wyjątkowa chwila. „Mów jeszcze, mów, co mam”, zachęca dalsze komplementy.

Wkrótce nic już nie stoi na przeszkodzie, by ta niecodzienna para mogła do reszty pogrążyć się w sielance. Z miłości Janka zaczyna rosnąć, dorastać do kanonu – sylwetka jej się wyciąga, twarz odmienia, flirt wstępuje na usta. Tymczasem w Morce budzą się niezaleczone kompleksy. Gdy ona uczy się swobody, on kurczy się do wewnątrz. Zdeformowana twarz, ta fizyczna groźba bylejakości, pcha go w drogę. Na niepewnych i zrezygnowanych czeka cyrkowe freak show, zapewniające parę groszy i nieco monotonnego upokorzenia.

Ten dwuletni okres obopólnego zagubienia, bólu i domniemanej zdrady nie zajmuje Kolskiego zbytnio. Wszystko dąży z powrotem do harmonii, choć rozumianej na swój sposób, po ludzku, trochę na opak. Pełnego wątpliwości Morkę wita widok zamiatającej obejście gigantki, marzycielskiej czarownicy. Jabłko, które miało przypominać Jance o uczuciu, wciąż wisi jej na piersi. Wszystko jest dziwne, ale na swoim miejscu.

Grający z talerza (1995)

Grający z talerza (1995), reż. Jan Jakub Kolski

O autorce:

Pulpojadka, babaistka. Pryncypałka na blogu mors dicit. Leży plackiem we Wrocławiu.

Zobacz też:

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top