Rodzina w rozpadzie. Recenzja Gniazda

Gdy Allison zajmuje się końmi, kamera przygląda się jej ciału. Widzimy mocne uda, napięte podczas wysiłku bicepsy, a już w domu, gdy zakłada wizytową sukienkę – także umięśnione plecy. Kobieta świetnie czuje się w pracy fizycznej, w ruchu, na wolnej przestrzeni. Co innego Rory, jej mąż, nakręcony adrenaliną finansista, który ukochał sobie szklane wieżowce i ozłocone salony.

Rory’ego i Allison O’Harów poznajemy, gdy jeszcze jakoś im się układa. Ich więź skleja rutyna, silne, choć zwodnicze spoiwo. Rozpad sygnalizują: zmęczenie kobiety, ślad nadszarpniętego zaufania, powidoki skomplikowanej przeszłości. Kubek gorącej kawy, którą mąż co rano przynosi żonie do łóżka, jest substytutem sielanki, jednym z pozorów. A pozory to dla Rory’ego rzecz święta. Gdy przenosi się z rodziną z Ameryki do Wielkiej Brytanii, jego luźny stosunek do prawdy staje się oczywisty. Mężczyzna wypiera fakty, kłamstwo przykrywa ekscytacją i pewnością siebie. Trochę jakby próbował zakląć rzeczywistość, jakby wierzył, że słowo zamieni się w ciało.

Do niebotycznych obietnic i gestów pcha Rory’ego kompleks niskiego pochodzenia. Desperacka potrzeba udowodnienia swojej wielkości i istotności staje się jego nałogiem. Mężczyzna pragnie nie tylko pieniędzy, ale uznania i prestiżu, artefaktów niedostępnych dla naznaczonych piętnem biedy aspirantów. Społeczna pozycja dorobkiewiczów takich jak on – głodnych, zachłannych i niecierpliwych – jest chwiejna, łatwa do zaprzepaszczenia, w przeciwieństwie do trwałego statusu rodzin z tradycjami oraz ich gromadzonych latami majątków.

Kontekst ekonomiczny nie przesłania w „Gnieździe” relacji. Przewagi nad opowieścią nie mają również piętrzące się znaczenia, interpretacyjne naddatki, które można podchwycić, lecz nieobowiązkowo. Małżeńska dynamika rozgrzewa fabułę, uwiarygadnia ją i napędza. 

Allison (znakomita Carrie Coon), mimo że uziemiona przez chore ambicje Rory’ego, pozostaje wolnym duchem. Jest ironiczna i zniechęcona. W łóżku to ona musi być na górze. Na egotyczne szarże męża łypie nieufnie, ale też nazbyt wyrozumiale – nie dlatego jednak, że relacja ją tłamsi. W kontaktach z partnerem przypomina umęczoną matkę, która dla świętego spokoju pobłaża niepokornemu dziecku. Albo inaczej. Allison obchodzi się z mężem trochę jak ze swoim koniem – próbuje go powściągnąć, ale ignoruje zwiastuny choroby; nerwowość bierze za przejściowy kaprys.

Skrzypienie i echo. O’Harowie, przed przeprowadzką sprzęgnięci w jasnych pokojach przyjaznego lokum, teraz, w mrocznej angielskiej rezydencji, rozmijają się, zamykają w odrębnych światach. Córka wyraża się przez bunt, delikatny syn skrywa się w kącie, matka traci nerwy. Tylko ojciec-winowajca znów spóźnia się do domu. W budowaniu napięcia i konstrukcji „Gniazdo” przypomina „Burzę lodową” (1997). Udręka rodziny zostaje osadzona w konkretnym czasie i miejscu. U Anga Lee to zamożne przedmieścia po doświadczeniu rewolucji seksualnej, u Durkina połowa lat osiemdziesiątych i udawana stabilizacja nuworyszy. Jesteśmy w przeddzień mikroapokalipsy. Rzeczywistość stopniowo rozpada się na kawałki i zmierza ku decydującej nocy. Nie wiadomo, co z tego świata ostanie się do świtu.

Gniazdo (2020), reż. Sean Durkin.

O autorce:

Kinofilka. Komparatystka z wykształcenia, entuzjastka z natury. Wierna ejtisom, Muminkom i Debbie Harry. Pracuje w reklamie, choć chętnie by się z tego wykręciła. Z przyzwyczajenia prowadzi bloga Z moich ust.

Zobacz też:

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top