Kobiety idą na wojnę. Dwie islandzkie opowieści

Halla mocno przyciska prawy policzek do ziemi. Wkłada nos w pachnące kwiaty, szuka odpoczynku i wsparcia w miękkim mchu. W walce, jaką kobieta toczy z zagranicznymi korporacjami, sekunduje jej przyroda. Pozwala jej schronić się w jaskiniach, zregenerować siły w gorących źródłach czy ukryć pod truchłem martwej owcy. Natura jest po stronie Helli, a ona, jak rasowa czarownica, czerpie energię witalną z gleby.

Kobieta idzie na wojnę (2018, B. Erlingsson) pokazuje zmagania bohaterki w średnim wieku (Halldóra Geirharðsdóttir) z międzynarodowym koncernem, niszczącym środowisko. Jej działania polegają na utrudnianiu pracy hut i fabryk, przede wszystkim poprzez zrywanie linii wysokiego napięcia, co powoduje długotrwałe przerwy w dostawie prądu. Halla walczy w konspiracji ze znajomym z chóru, w ucieczce nie raz pomaga jej poczciwy Sveinbjörn (Jóhann Sigurðarson). Jednak w istocie jest to samotna walka, nierozumiana i uważana przez innych za absurdalną. Donkiszoterię kobiety sugeruje też plakat reklamujący film, na którym co prawda nie walczy z wiatrakami, ale z łuku strzela do ogromnego słupa elektrycznego. Promocyjna zapowiedź jest ironiczna i łatwo może zwieść na manowce. To, co na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie niepoważnego, przynosi efekty. Halla wie, co robi. Archaiczna broń pozwala jej zerwać linie i osiągnąć cel. 

Żeby rewolucja „Kobiety z gór” (taki pseudonim przyjmuje w kontakcie z mediami) mogła się dopełnić, samo utrudnianie pracy koncernów nie wystarczy. Halla spisuje manifest, w którym opisuje działalność „psychopatów z zagranicznych korporacji”, podkreśla, że „sabotowanie przyrody to działanie na szkodę ludzkości” i rozrzuca zapisane kartki na rynku miasta. Młode dziewczyny fotografują się z tekstem, umieszczają jego treść w media społecznościowe z hasztagami manifest i rewolucja. Połączone siły kultury, technologii i natury rozpoczęły akcję świadomościową na wielką skalę.

Andri Snær Magnason w eseju O czasie i wodzie wskazuje na potrzebę znalezienia nowego języka w rozmowie o kryzysie klimatycznym i naszej relacji z naturą, ponieważ ten, którym się posługujemy, niewystarczająco przemawia do uczuć i wyobraźni. Siłę słowa pojęły za to międzynarodowe koncerny, jak w jednym z przytoczonych przez autora przykładów:

Kiedy Islandia objęła kierownictwo w Radzie Arktycznej, Amerykanie podjęli walkę ze sformułowaniami użytymi w raporcie o zmianach klimatycznych. Oficjalne stanowisko ich rządu to przecież negacja tych zmian i usuwanie z wszelkich oficjalnych elaboratów i stron instytucji publicznych słów kojarzonych ze zmianami klimatycznymi. Mike Pompeo, amerykański sekretarz stanu, przedstawiał topnienie lodowców na biegunie jako »nowe możliwości handlowe«. Że niby czas morskiej żeglugi może się skrócić nawet o dwadzieścia dni. Kiedy tylko zanegujemy zmiany klimatyczne, odniesiemy z nich ewentualne korzyści. Interesy światowych potęg naftowych to około sześciu miliardów dolarów dziennie, dlatego producenci ukształtowali nasz zasób słów i widzenie świata zgodnie ze swoimi potrzebami [1].

Halla doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że same działania nie wystarczą – muszą być poparte trafiającym do świadomości odbiorców tekstem, wyraźnie opisującym szkodliwość działań korporacji. Radykalizm manifestu bohaterki pozwala jednak łatwo zrobić z niej wariatkę, symboliczną czarownicę, która zagraża bezpieczeństwu społeczności.

O ile idealizm i romantyzm działań bohaterki są pozorem, za którym skrywają się konkretne, przemyślane posunięcia, to jej samotność jest całkiem realna. Kobieta z gór nie może z nikim podzielić się stresem i poczuciem niesprawiedliwości, które czuje, gdy widzi, że jest przedstawiana jako wróg publiczny numer jeden, porównywalny z Andersem Breivikiem. W towarzystwie portretów Nelsona Mandeli i Gandhiego, Halla cierpliwie ćwiczy tai chi, by wyrównać oddech i połączyć się z energią ziemi, dla której przecież podjęła tę trudną walkę. Tajemnicy strzeże nawet przed siostrą bliźniaczką, Ásą, nauczycielką jogi, która niedługo ma udać się do klasztoru buddyjskiego w Indiach, by myślą wpływać na losy świata. Jedna z najważniejszych scen filmu rozgrywa się między nimi w basenowej przebieralni. Siostry stają po przeciwnych stronach barykady w światopoglądowym konflikcie. Ása, nieświadoma, że mówi o krewnej, krytykuje Kobietę z gór, twierdząc, że ekstremizm rodzi ekstremizm, a jej zachowanie jest bardziej szkodliwe niż pomocne. Argument o afirmacyjnej roli medytacji, zmianie siebie, która pociąga za sobą zmianę świata, Halla odpiera, zarzucając siostrze egoizm. „Trudno czekać na to, aż kropla wydrąży skałę, gdy góry się walą” – mówi. Emocjonalna rozmowa zmienia coś w myśleniu obu kobiet.

W historii Halli jest jeszcze jeden bardzo istotny wątek. Kobieta po wielu latach ma szansę na adopcję małej dziewczynki z Ukrainy. Chęć zrealizowania marzenia o macierzyństwie uniemożliwia jej dalszy aktywizm. Podjęcie decyzji jest niewyobrażalnie trudne. Kiedy Ása trafia do więzienia zamiast niej, Halla już wie, co ma robić. Ukrywa zdjęcie dziewczynki pod zielonym, soczystym mchem i oddaje się w ręce sprawiedliwości. Wtedy staje się coś zaskakującego. Siostra proponuje zamianę miejsc – uważa, że odsiedzenie wyroku dobrze zastąpi przebywanie w zakonie, a jej bliźniaczka będzie mogła zrealizować się jako matka.

Siostrzeństwo w filmie Erlingssona jest wartością nadrzędną. Choć kobiety różnią się ideologicznie, potrafią się wzajemnie wspierać i okazać pomoc – w dążeniu do rewolucji i macierzyństwa – co czyni z obu bohaterek postacie niemal mityczne. Warto zwrócić uwagę na sam fakt wyjazdu Ásy do Indii. Magnason w O czasie i wodzie wskazuje na wspólnych przodków Islandczyków i Hindusów, podkreślając podobieństwo obu języków i mitologii. Trzon kultur pisarz odnajduje w legendzie o dwóch prowadzących krowy siostrach, Eddzie i Vedzie, z których każda idzie ze swoim ludem i opowieściami w przeciwnym kierunku. Podobnie Ása i Halla, idąc w różne strony, tak naprawdę pielęgnują te same wartości i siebie nawzajem.

Na wojnę idzie też Inga (Arndís Hrönn Egilsdóttir) w Daleko od Reykjavíku (2019, G. Hákonarson). Bohaterka, mniej więcej w wieku Halli, z dala od miasta funkcjonuje w innej rzeczywistości. Kontrast widać już w samej kolorystyce i przyrodzie: Kobieta idzie na wojnę dzieje się wiosną, w soczystych zieleniach, intensywnych błękitach wody i bajecznych kolorach pierwszych kwiatów. Daleko od Reykjavíku to zima, chłód, przygaszone barwy i przyroda, która nie przyciąga wzroku. Szaro-bure jest życie samej Ingi. Wraz z mężem prowadzą gospodarstwo, a swoje wyroby sprzedają lokalnej spółdzielni. Praca i obowiązki to główny (jedyny?) temat ich rozmów – i w sypialni i przy obiedzie. Nagle połowa łóżka kobiety staje się pusta. Mężczyzna popełnił samobójstwo, a na wierzch zaczynają wychodzić przemilczane przez lata problemy. 

Inga czuje się zdradzona. Została z długami, z których nie zdawała sobie sprawy i świadomością, że jej mąż donosił spółdzielni na sąsiadów, którzy zamawiali nawóz w Reykjavíku, zamiast kupować go po dużo wyższej cenie od nich. Frustracja daje Indze odwagę. Nie tylko decyduje się sama prowadzić gospodarstwo, ale też śmiało przeciwstawia się monopolowi spółdzielni. Jej orężem są media społecznościowe – publikuje wpis, w którym metody działania spółdzielni porównuje do tych stosowanych przez mafię. Podobnie jak Halla i Magnason bohaterka wie, jak istotny jest język. Post wywołuje lawinę – wywiadów telewizyjnych, zainteresowania sprawą i nienawiści. Inga nie tylko dostaje pogróżki od przedstawicieli spółdzielni (którym nie boi się rzucić pokaźnej ilości nawozu na przednią szybę samochodu), ale też od sąsiadów. Bohaterka ani przez chwilę nie daje się umieścić w roli ofiary. Choć toczy samotną walkę, ma odwagę, by udać się do domu ojca chłopaka, który zdemolował jej taras i dowodzić swoich praw do odszkodowania. Ma też wystarczająco dużo śmiałości, by zabrać głos podczas zebrania społeczności i nawoływać innych rolników do walki z korupcją i monopolizacją rynku. Z czasem do liderki zaczynają dołączać inni – koledzy jej męża i sąsiedzi, którzy wiele stracili przez politykę spółdzielni.

Kobieta samotnie prowadząca gospodarstwo na Islandii ma nieco inny status niż w naszym kręgu kulturowym – jest traktowana tak, jak mężczyzna, co wynika z wieloletniej tradycji. W czasach przedchrześcijańskich równouprawnienie płci było tu na porządku dziennym. Gdy mężczyźni wyjeżdżali na wiking [2], kobiety zajmowały się domem i wszystkimi pracami, przez co podział na obowiązki męskie i damskie się zacierał. Pozycja kobiet zmieniała się na przestrzeni lat, o czym można przeczytać w artykułach Emiliany Konopki na blogu „Utulę THULE”: „Islandzkie kobiety zimne jak lód” i „Islandia jest (z) kobietą?”. Kwestia równouprawnienia jest niezwykle istotna w tym kontekście. Jak wyjaśnia Magnason w O czasie i wodzie: „Ktoś mógłby uznać, że równe prawa dla kobiet nie mają nic wspólnego z ochroną środowiska, ale badania dowodzą, że wykształcenie dziewcząt zapewnia dobrobyt rodzinom, a najlepszy sposób  na ograniczenie przyrostu naturalnego to pozwolić kobietom samym decydować o macierzyństwie. W ten sposób równouprawnienie kobiet staje się jednym z najistotniejszych remediów na problemy środowiska naturalnego w przyszłości” [3]. Islandzki badacz nie jest pierwszym, który podkreśla zespolenie walki o prawa kobiet z próbami zminimalizowania kryzysu klimatycznego, jednak to właśnie on przełożył tę myśl na język mitu. Walka – ta opisana w książce i ta przedsięwzięta przez obie bohaterki – nie wynika z egoizmu i chęci spełnienia własnych pragnień. To wojna, którą rozpoczyna się z szacunku dla ziemi i przodków, a toczy dla przyszłych pokoleń. Halla chce lepszego świata dla adoptowanej córki, Inga zmienia rzeczywistość dla lokalnych mieszkańców i swoich dzieci. Choć te są daleko i nie uczestniczą w życiu rodzicielki, to jednak macierzyństwo jest w filmie wyraźnie zaakcentowane. Intencją postaci i Magnasona jest osiągnięcie wspomnianej symbiozy między kulturą, technologią i naturą oraz zjednoczenie społeczności.

Dlatego szczególnie dziwi wizerunek Ingi, kreowany przez jej antagonistów. Spółdzielnia nie tylko pomaga miejscowym rolnikom w dystrybucji produktów, ale pełni też funkcję spoiwa łączącego grupę ludzi. Sama bohaterka po śmierci męża korzysta z pomocy jednego z kierowników, który szybko rozwiązuje problem z jej kontem bankowym. Nieuczciwe zagrywki i monopolizacja rynku jest ukryta za życzliwością i pozorem wspólnego działania. Bohaterka jest zatem ukazana przez spółdzielnię jako ta, która działa na szkodę ogółu, burzy idee współpracy, zjednoczenia, wzajemnej pomocy. Czarownica, podważająca światłe wartości. Racja jest jednak po stronie Ingi, która wie, że prawdziwa wspólnota jest niemożliwa bez wolności i możliwości decydowania o swoich interesach.

Bohaterka Daleko od Reykjavíku jest reprezentantką tradycyjnej kobiecej siły, która głośno używa swojego głosu, nie boi się go. Znamienna jest scena przemowy bohaterki, która stara się o pozytywne rozpatrzenie wniosku o założenie niezależnego stowarzyszenia mleczarzy. Choć wcześniej na jej temat padło wiele gorzkich słów, a przedstawiciele spółdzielni porównują ją do chwastu, który należy wyplenić, kobieta odważnie opowiada swoją historię. Nie wstydzi się własnych uczuć i wspomnień, życie prywatne czyni publicznym, właśnie we wspólnym doświadczeniu widząc spoiwo umożliwiające jej współdziałanie z innymi. Inga wygrywa tę bitwę, ale przegrywa wojnę – zostaje wyeksmitowana z gospodarstwa. Jednak „przegrywa” jest tu zdecydowanie niewłaściwym słowem – wyjeżdża oświetlona blaskiem słońca (nasycone kolorem zdjęcia kontrastują z wcześniejszymi kadrami), śpiewając radiową piosenkę o nowym życiu. To przecież wygrana – postępując zgodnie z własnym sumieniem i głosem, pokazała światu swoją prawdę.

Magnason twierdzi, że żyjemy w mitycznym czasie. Zapowiedzi topnienia lodowców widzi w islandzkich i indyjskich podaniach, w opowieściach swoich przodków dostrzega wzory siły, które przydają się w dzisiejszej walce. Walce z góry skazanej na porażkę, o czym świadczy np. relacja z konferencji klimatycznej w Katowicach: „Na scenę wszedł oceanolog i brzmiał szczególnie krzepiąco. Mówił, że musimy osiągnąć cel 1,5 stopnia [globalnego ocieplenia – przyp. S.N.], ponieważ wtedy zniknie jedynie 70 do 90 procent raf koralowych, a nie wszystkie, jak zakłada model wzrostu o 2 stopnie. Mówił, jakby to była sprawa warta walki. (…) Mówił mi wprost, że 90 procent koralowców na świecie umrze, jeśli uda nam się osiągnąć niemal nieosiągalny cel” [4]. Donkiszoteria zdaje się jedyną drogą dla współczesnych aktywistów, a szansa minimalnej zmiany największą nagrodą w walce o środowisko. 

Kobieta idzie na wojnę i Daleko od Reykjavíku to filmy, którym łatwo można zarzucić naiwność i uproszczenie. Ale czy taka narracja nie jest odpowiednia dla czasu realizowania się prastarych mitów, w jakim według Magnasona żyjemy? W przypadku Ingi i Halli brawura i nieustępliwość, choć poczytywane za histeryczne, stały się remedium na szaleństwo współczesności, na globalną niesprawiedliwość i otępienie, które sprawia, że masy godzą się na powolne umieranie ziemi. Brak reakcji kobiety zastępują głośnym i odważnym buntem i nawet jeśli rezultat ich starań jest niewystarczający, to jest najlepszym (czy raczej jedynym), co można dziś zrobić.

[1] A. Snær Magnason, O czasie i wodzie, tłum. J. Godek, Kraków 2020, s. 218.

[2] Określenie pochodzące „od staronordyckiego viking określającego zamorską wyprawę, nierzadko w celach poznawczo-grabieżczych”, zastosowane za tekstem E. Konopki, „Sztuka wikingów”, w: https://utulethule.pl/sztuka-wikingow/na stronie [dostęp: 29.03.2021].

[3] A. Snær Magnason, op. cit., s. 313.

[4] A. Snær Magnason, op. cit., s. 252.

O autorce:

Filmoznawczyni, kinofilka i flâneuse. Prowadzi bloga "Kino w zwolnionym tempie", na którym wychwala wszystko, co artystyczne, niekonwencjonalne i buntownicze. Wielbicielka surrealizmu, Béatrice Dalle i snów.

Zobacz też:

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top