Perhaps vampires is a bit strong but… Recenzja Vamp (1986)

„Znajdź osobę, która powie coś dobrego o latach osiemdziesiątych. Każdy powie, że to beznadzieja i kicz. Kryzys, Thatcher, zabójcy w marketach, aerobik, Keith Haring. Ubrania brzydkie, a muzyka zła”.

„Z piątku na sobotę” (2003, reż. T. Barman)

W podrzędnym barze ze striptizem na scenie pojawia się odrealniona piękność. Tajemnicza Katrina (Grace Jones) ma czerwoną perukę, niebieskie soczewki, twarz wymalowaną na biało, a ciało pokryte egzotycznymi wzorami (naniesionymi przez wspomnianego w cytacie Keitha Haringa). Zaczyna się występ, po którym widownia zamiera, nie wiedząc czy powinna go oklaskiwać, czy raczej uciekać. Nic w tym dziwnego – show królowej z innego świata jest tyleż seksowny, co bizarny. Kulminacją zrzucania ubrań jest nieoczywista symulacja fellatio, robiona przez kobietę fotelowi w kształcie bezgłowego mężczyzny, pokrytemu podobnym wzorem, co jej ciało. Ta scena z filmu Vamp (1986, R. Wenk) kondensuje w sobie całą dziwność i drapieżność lat osiemdziesiątych, do których tak krytyczny stosunek mieli bohaterowie belgijskiego filmu sprzed siedemnastu lat. Dziś, gdy wskazówka zegara mody zdążyła przechylić się w stronę cekinowej dekady i przywrócić do łask ówcześnie panujące kroje, desenie i kolory, rozpasana estetyka tego komediowego horroru prawdziwie fascynuje.

Keith (Chris Makepeace) i AJ (Robert Rusler), aby dostać się do lepszego bractwa akademickiego, muszą zorganizować prywatny pokaz striptizu dla swoich przyszłych kolegów. Z pomocą bogatego i samotnego nerda Duncana (Gedde Watanabe), jadą do klubu nocnego po wspomnianą już Katrinę. Na miejscu okazuje się, że niemal cały personel baru, łącznie z atrakcyjnymi tancerkami, stanowią wampiry. Niepewnym wyjątkiem jest podkochująca się niegdyś w Keicie kelnerka Allison (Dedee Pfeiffer). 

W latach osiemdziesiątych, przez wybuch epidemii AIDS, naznaczony widmem śmierci seks przestał być beztroską przyjemnością. Odbicie tego można dostrzec w tworzonych wówczas horrorach. Twarze atrakcyjnych kociaków w takich filmach jak Ludzie-koty (1982, P. Schrader) czy Straceni chłopcy (1986, J. Schumacher) w miłosnym uniesieniu lub z nadejściem nocy zmieniają się w potworne oblicza. Zaskakujące, jak podobna jest charakteryzacja bohaterów we wspomnianych tytułach – soczewki imitujące kocie oko, wystające kły, zdeformowana, zwierzęca gęba (zupełnie pozbawiona znamion wcześniejszej powabności). Lęk przed konsekwencjami pożądania zyskał tę samą twarz, a właściwie kiczowatą, zdehumanizowaną maskę. Postacie krwiopijców w Vampie mają też drugie znaczenie – szef baru, marzący o założeniu interesu w Las Vegas, dosłownie i metaforycznie wysysa krew ze swoich klientów, co dodaje filmowi antykapitalistycznej wymowy. Nocne kluby są tu przedstawione jednoznacznie – jako siedliska zła, w których gości jedynie zapijaczona hołota. Zepsuta procentami krew nie smakuje spragnionym wampirom, dlatego zwabieni podstępem chłopcy stanowią łakomy kąsek. To przestroga dla oglądającej film młodzieży – unikajcie takich miejsc, bo zjedzą was żywcem!

Ze Straconymi chłopcami łączy Vampa więcej elementów. Tu i tu niebezpiecznej bandzie przewodzi pewny siebie, niebezpieczny blondyn, który do każdego baru i sklepu wchodzi jak do własnego domu. Oba filmy poruszają tę samą problematykę – to opowieści o wchodzących w dorosłość chłopcach, których relacja zostaje poddana próbie, na skutek przemiany jednego z nich w wampira. W filmie Schumachera sytuacja dotyczy dwóch braci, u Wenka test musi przejść dwóch przyjaciół. Vamp przynosi tu pewną zmianę w gatunkowej konwencji – zamiast walki na śmierć i życie lub usilnych starań o przywrócenie bohatera do ludzkiego stanu, mężczyźni utrzymują przyjaźń i okazują sobie wsparcie, pomimo przynależności do wrogich gatunków. Obok wyjątkowej estetyki i roli Jones to właśnie oryginalne rozegranie relacji męskich bohaterów wyróżnia film na tle podobnych produkcji i czyni z niej bardzo sympatyczną odsłonę buddy movie.

Jeżeli już o Jones mowa – androgyniczna aktorka wynosi film na zupełnie inny, artystyczny poziom. Reżyser w pełni wykorzystał jej dziwność i dostojność, oraz mniej oczywistą cechę muzy Warhola – autoironię. Jones jest jednocześnie niepokojąca, seksowna i zabawna w scenach, w których milcząco manipuluje właścicielem klubu. Kolejne stylizacje filmowej Katriny wywołują zawrót głowy – etniczne kreacje mieszają się z futurystycznymi, srebrnymi instalacjami, nadającymi postaci wygląd surrealistycznej księżniczki. Jej wyjątkowa uroda współgra z artystyczną wizją Haringa, twórcy – o czym świadczy przywołany we wstępie cytat – równie podziwianego, co wykpiwanego. Sztuce mistrza street-artu często zarzucano infantylność, ignorując fakt, że była odbiciem tego, co najważniejsze w ejtisach – pulsującego, radosnego rytmu miasta, siły kolektywu i społecznego zaangażowania w walkę o prawa człowieka. Pop-artowe, wypełnione konturami poruszających się ludzkich sylwetek prace Haringa przypominają dawne, plemienne malowidła, podkreślając w ten sposób nasz wspólny korzeń.

Uroda filmu obezwładnia nie tylko w scenie striptizu. Vamp to feeria barw, głównie neonowej zieleni zestawianej z różem, czasem tylko doprawionej błękitnym światłem. Ulice miasta i kanały wyglądają jak dyskotekowy parkiet, którym ucieka Allison, ubrana w pomarańczową i czarno-białą odsłonę wzoru w zebrę, na której stylizację z zazdrością mogła patrzeć sama Madonna. Wizualne piękno z łatwością wynagradza średnie poczucie humoru, przeciętną fabułę i inne niedostatki produkcji. Mimo jego niedoskonałości, łatwo zauważyć wpływ Vampa na inne filmy. Dekadę później do podobnego klubu zaprosi widzów Robert Rodriguez w Od zmierzchu do świtu; w przybytku zwanym Titty Twister twarze filmowych wampirów staną się jeszcze bardziej odrażające. Obrazowi z boską Salmą Hayek daleko jednak do nieokiełznanej, neonowo-barokowej estetyki tego niepowtarzalnego pierwowzoru. Takie połączenie młodzieżowego hitu z narkotycznym, dziwacznym urokiem, mogło powstać tylko w latach osiemdziesiątych.

Vamp (1986), reż. Richard Wenk

NUMER 3: Sklepik z horrorami10/2020

O autorce:

Filmoznawczyni, kinofilka i flâneuse. Prowadzi bloga "Kino w zwolnionym tempie", na którym wychwala wszystko, co artystyczne, niekonwencjonalne i buntownicze. Wielbicielka surrealizmu, Béatrice Dalle i snów.

Zobacz też:

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top