Skórka. Recenzja Antibirth

Trzydziestoparoletnia Lou (Natasha Lyonne) żyje w oparach bulgoczącego bonia. W jej porośniętej puszkami po piwie przyczepie gwiżdże wiatr, kiedy ona buja się po mieście, z lubością oddając się codziennej imprezowni. Po jednej z pijatyk ciało bohaterki dotyka radykalna transformacja.

Ciąża wydaje się niemożliwa – seksu nie było od kilku miesięcy – a jednak wszystko na nią wskazuje, od gwałtownie rosnącego brzucha po opuchnięte stopy. Tymczasem tajemniczy pasożyt nie traci czasu i coraz śmielej poczyna sobie w zaanektowanym organizmie. Jeśli brzmi to jak punkt wyjścia do feministycznej metafory o utracie kontroli nad ciałem, nic bardziej mylnego. Danny’ego Pereza interesuje raczej smakowanie obrzydliwości i nacieranie widzom buziek śliskimi połciami mięsa.

Reżyser nie zna litości – transformacja bohaterki zostaje pokazana w dosadnych zbliżeniach. Ciąża infekuje jej tkanki, wykrusza zęby i pokrywa skórę rozległymi bąblami. Po gigantycznym, napiętym brzuchu przemykają żyłki, a z sutków sączy się ropa. Antyestetyczne ciągoty nie wynikają z chęci dokładnego przyjrzenia się przemianie, raczej z generalnej fascynacji turpistyczną fizycznością. Poprzedzające wydarzenia poronienie w obskurnym kiblu jest ujęte w montażu groteskowo zniekształconej, spoconej twarzy Lou. Leżący na dnie muszli krwawy strzęp wypełnia cały ekran.

Film, choć mami powykręcanym body horrorem, najzacniej wypada jako przepalony snujek, towarzyszący głównej bohaterce w monotonii życia na wiecznym gazie. Jej pijacki humor, ciągły apetyt na śmieciowe żarcie i luźne gadki z prowadzącą podobną egzystencję kumpelą (Chloë Sevigny) pozwalają przejść się po ich świecie sprężystym, rozbujanym krokiem. Rola Natashy Lyonne uderza w podobne tony, co jej występ w serialu Orange is the New Black (2013-2019), znacznie je jednak podkręca. Jajcarskie usposobienie i zblaz Lou są bliźniaczo podobne do manieryzmów Nicky; bohaterka Antibirth nawet nosi i maluje się tak samo. Perez robi użytek z plastycznej twarzy aktorki, która z czasem coraz częściej puchnie i wykrzywia się w bólu.

Choć trudno polecać „film do piwka/blanta” bez czającego się w tle, pobłażliwego rechociku, tak Antibirth rzeczywiście najlepiej smakuje w przetrąconym stanie świadomości. Oglądany na trzeźwo finał pozostawia z uczuciem niedosytu, może nawet smutku. Mimo bliskości bohaterki – w końcu przypatrujemy się drobiazgowo jej groteskowemu ciału i rosnącej frustracji – ostatecznie ma się wrażenie, że nigdy nie chodziło o nią. Zupełnie jakby ważniejsze było uparcie powracające wspomnienie ojca (straumatyzowanego po Wietnamie), podejrzane układy z narkotycznego półświatka czy kosmiczny spisek. Zamarynowane w alkoholu i innych substancjach ciało Lou okazuje się fabularnym wytrychem, a niechciana ciąża efekciarskim, chłopackim zabiegiem o umiarkowanej sile rażenia. Mimo to Antibirth sprawdza się, zwłaszcza w pierwszej połowie, jako ślizgający się po umyśle bohaterki filmowy samograj, kociołek z paskudztwami.

Antibirth (2016), reż. Danny Perez

O autorce:

Pulpojadka, babaistka. Pryncypałka na blogu mors dicit. Leży plackiem we Wrocławiu.

Zobacz też:

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top