Ten skondensowany rodzaj sprzeciwu. Wywiad z Martą Niedźwiecką

Marta Niedźwiecka, psycholożka i sex coach, współautorka (z Hanną Rydlewską) książki „Slow Sex – uwolnij miłość”, w autorskim podcaście „O zmierzchu” podpowiada, jak żyć bardziej świadomie, zgodnie z własnym ciałem i umysłem, w dobrych relacjach i bez autopilota. Z Sarą Nowicką rozmawia o buncie – do czego jest nam potrzebny, czym różni się jego przeżywanie w okresie nastoletnim i w dojrzałym wieku, co małymi hapsikami zjada naszą autonomię, czy można połączyć rage i mindfulness oraz jakie filmowe przedstawienia buntu są jej szczególnie bliskie.

Sara Nowicka: Bunt, pojawiający się w okresie dojrzewania, wydaje mi się niezwykle ważny w procesie budowania tożsamości i własnej odrębności – tego, jacy jesteśmy. Jak to wygląda z Twojej perspektywy?

Marta Niedźwiecka: Parafrazując Mike’a Jaggera, który stwierdził, że jak ktoś za młodu nie był rock’n’rollowcem to na starość będzie szują, odpowiem, że jak ktoś się za młodu nie buntował, to na starość będzie to robił bardzo specyficznie. Bunt jest absolutnie obowiązkowym etapem rozwojowym tzw. adolescencji, czyli dojrzewania. Pozwala młodej osobie tworzyć zupełnie nowy obraz ja, czyli pomaga w tworzeniu tożsamości i określeniu na nowych zasadach relacji ze światem. Malutka osoba ludzka była przedmiotem opieki, ale była też bezwolna. Dostawała dużo i nikt jej nie pytał o obowiązki, ale też nikt nie dawał jej praw. Dlatego bunt dojrzewania jest tak ważny – bo umożliwia napisanie (choć to brzmi patetycznie) nowych skryptów życia. Brak buntu jest o tyle trudny, że nie zachodzi wówczas proces konfrontowania swojego stanowiska z innymi, które są np. w naszej rodzinie. Tutaj dobrym przykładem może być religia. Jeśli jesteśmy wychowani w rodzinie, która ma jakiś pomysł na religię – nieważne, ateistyczny albo katolicki – to na etapie dojrzewania dobrze by było, gdybyśmy zweryfikowali, jak ważne są dla mnie rzeczy, które wpaja mi rodzina. I w związku z tym podjęli swoje decyzje, czyli „ej, ale to w ogóle nie jest dla mnie” albo „o, to właśnie jest dla mnie ważne, bo jakoś konstytuuje porządek we wszechświecie”.

Jedną z wielkich zalet buntu w młodości jest to, że jego koszty są bardzo niskie – do dwudziestego któregoś roku życia te wszystkie potknięcia kosztują tak naprawdę niewiele. Zmiana światopoglądowa, kiedy człowiek ma 20 lat, jest rozwojowa, a czterdziestolatka potrafi doprowadzić do głębokiego kryzysu. Młodość to po prostu bardzo dobry czas, żeby ćwiczyć życie po swojemu. Zachowujmy szacunek dla dorobku poprzednich pokoleń, ale nie słuchajmy się wszystkiego, co mówią nam starzy. W Polsce niestety pokutuje taka myśl, że buntowanie się jest objawem dysregulacji emocjonalnej. Nie jest! Jest najzdrowszym etapem, który przeżywa człowiek między 13 a 22 rokiem życia, w którym wolno mu robić dużo szalonych rzeczy.

SN: Gdzie przebiega granica między zasadnym i twórczym buntem a niedojrzałością? Jak je rozróżnić?

MN: Na pewno ja bym się zadumała nad sobą, gdyby ten bunt był takim „buntowaniem bez powodu”, tzn. stawaniem okoniem do rzeczywistości, bez specjalnego celu. Gdy się nie ma jakiegoś kierunku, poczucia, że o coś ważnego mi chodzi, tylko chęć stawiania się, bo mogę. To jest średnio przytomne. I drugi przykład takiego buntu, który tak naprawdę szkodzi i nie jest rozwojowy, to zachowania głęboko autodestrukcyjne. Myślę tu o grubych rzeczach, np. przylgnięciu do sekty, nadużywaniu narkotyków czy alkoholu, podejmowaniu pochopnych decyzji dotyczących życia, takich, które mogą zaważyć na kilkudziesięciu latach. Myślę o takich decyzjach w których naruszam dobrostan, swój albo kogoś wokół. Najczęściej można wyczuć w zachowaniu, które jest „odpięte”, że nie chodzi o żaden sprzeciw czy refleksję, a raczej o nieuznanie prostych zasad, np. nieprzechodzenia na czerwonym.

SN: Jak jest z buntem osób powyżej trzydziestki? Wedle stereotypów w pewnym wieku nie przystoi się buntować, trzeba być poukładanym i prowadzić ułożone życie.

MN: Po pierwsze, są takie warunki, w których powinniśmy się buntować, nawet jeżeli nas to dużo kosztuje. Są to sytuacje etycznej konieczności, czyli stanięcie naprzeciwko zła czy niesprawiedliwości. To nie jest tak, że autorytety, które z jakiegoś powodu decydują o kształcie życia społecznego, są nieomylne. Dorośli ludzie powinni roztropnie korzystać z buntu i swojego sprzeciwu, żeby regulować rzeczywistość wokół siebie, co widziałyśmy w pewnym momencie w wydaniu polskim. Niestety mam wrażenie, że ludzie wraz z wiekiem, nabierając koniunkturalizmu, zaczynają bardziej myśleć o tym, co im się opłaca, a mniej o tym, co jest właściwe etycznie.

Jest jeszcze jedna ciekawa rzecz – ludzie, którzy zostali wychowani tak, że byli dostosowani do norm wyznaczonych w ich rodzinie czy środowiskach i się nie zbuntowali, robiąc kontynuację postaw opiekunów czy rodziców, potrafią mieć wyjątkowo trudne przeżycia w okolicy połowy życia. Kiedy dobrniemy do czterdziestki, zaczynają nas dopadać poważne pytania, które są kolokwialnie nazywane „kryzysem wieku średniego”. One polegają na tym, że przez ostatnie dwadzieścia parę lat robiliśmy to, czego oczekiwało od nas społeczeństwo: zakładaliśmy rodziny, wychowaliśmy dzieci itd. I dochodzimy do momentu, w którym musimy zapytać: „no dobrze, ale gdzie ja jestem w tym wszystkim? Byłam dobrą żoną/mężem, przykładnym obywatelem/-ką, ale gdzie jest moja samorealizacja?”. Dosyć często bywa tak, że osoby, które nie odbyły osobistej podróży do swoich wartości, kontynuując to, co budowały poprzednie pokolenia, mogą mieć ciężkie doświadczenia związane z tym kryzysem. Oni, w tej połowie życia, w ogóle nie są w swojej opowieści. Mają poczucie, że nie oni wybierali, że wszystko, co robili do tej pory, nie jest o nich, że nie wiedzą, kim są. Dla niektórych osób takim cucącym doświadczeniem mogą być choroby, otwierające przestrzeń buntu. On wygląda wtedy inaczej, to jest taki bunt przeciwko konwencji czy stylowi życia, uważanego dotychczas za obowiązujący. Jak ktoś się zmierzy z nowotworem i przeżyje moment rozpoznania wewnętrznego, że nie zgadza się ze swoim dotychczasowym życiem, to takiej osobie będzie bardzo trudno robić wszystko tak samo, jak przedtem.

SN: Często śmierć bliskiej osoby lub jakaś gwałtowna zmiana w relacjach, np. wyprowadzka dzieci z domu, może uruchomić podobny mechanizm.

MN: W moim odczuciu największy bunt, jaki mogą przeżyć kobiety, to jest bunt, który nas prowadzi do autonomii poza relacjami. Jesteśmy nieustannie uwikłane w społeczno-relacyjne konteksty: tego nie wolno, tamtego nie wolno, trzeba być miłą itp. To wszystko małymi hapsikami zjada naszą autonomię, ona niedostrzegalnie przestaje istnieć. Lubię ten bunt w kobietach obserwować i go wspierać. Bo nie chodzi o to, że one się stają najgorszymi wywłokami na świecie, które z nikim się nie liczą, tylko zyskują przestrzeń prawdziwej autonomii, w którą nikt im się nie wtrąca.

SN: We współczesnej kulturze popularnej panuje moda na bunt, a właściwie na jego powierzchowne elementy związane z wyglądem (ubrania, tatuaże) czy niegrzecznym zachowaniem. Jak myślisz, skąd to się bierze i ile w tym prawdy, a ile kreacji?

MN: To jest tak, że moloch konsumpcjonizmu pożera wszystko, od jogi po bunt. Kiedyś bunt był związany ze zerwaniem pewnej umowy społecznej. Za bunt była cena, czasami tak wysoka, że mogła kogoś zniechęcić. To trochę jak z ceną za wejście na ośmiotysięcznik – gdyby to było łatwe, to nie byłoby takie wspaniałe. Ten bunt, przez masowość ruchu kontrkulturowego końca lat 60. i kapitalistyczną monetyzację wszystkiego, zaczął się genialnie sprzedawać. O ile Guns and Roses, jak nagrywali „Appetite for Destruction”, mieszkali w L.A. w jednym zapluskwionym mieszkaniu i mieli dwadzieścia dolarów na grupę na jedzenie i trunki i ten bunt wynikał bezpośrednio z ich doświadczeń życiowych i z rock’n’rolla, w którego wierzyli, o tyle teraz kupienie sobie w H&M-ie koszulki z napisem Guns and Roses to nie jest bunt, tylko udział w kapitalizacji tego buntu. Moim zdaniem teraz prawdziwy bunt odbywa się na linii ekologii, walki o zmianę stosunku do środowiska naturalnego, sprzeciwianiu się niesprawiedliwości w systemach gospodarczych czy politycznych. Walki o to, żeby jednostka miała prawo do odpoczynku, godziwej pensji – trochę jakbyśmy wracali w tym buncie do wartości mieszczańskich, co jest dość zabawne.

SN: W podcaście „O zmierzchu” Ty i zaproszeni goście propagujecie styl życia oparty na akceptacji, spokoju, zwolnieniu i wyciszeniu. Bunt, kojarzący się paletą ekstremalnych emocji, zdaje się równie ważny w drodze do siebie, co wymienione wartości. Czy można jakoś pogodzić rage i mindfulness, czy są to całkowicie przeciwstawne porządki?

MN: Myślenie w buntowaniu się wydaje mi się bardzo ważną rzeczą. Nie jest przeciwstawne do impactu – nie osłabia, tylko wzmacnia. Poza tym są różne formy buntu i trzeba im dawać różne prawa. Bunt jako manifestacja wściekłości i sprzeciwu, czyli wyciągnięcie pięści do góry, potrzebuje zawierać w sobie rodzaj pozytywnie agresywnej energii. Ale to nie znaczy, że ma wyrastać w człowieku z jakiegoś totalnego chaosu, amoku. Ten pozytywny sprzeciw może płynąć z bardzo spokojnego miejsca, które wie, że coś jest po prostu kurwa, nie tak. Dla dojrzałych osób bunt może mieć formę bardzo zrównoważoną, ale skuteczną. Pamiętajmy, że jedne z potężniejszych manifestacji sprzeciwu to są manifestacje niemal statyczne. Gandhi, który siada i mówi: „nie będziemy toczyć wojny z Brytyjczykami. Wypędzimy ich stąd miłością”. Mnich buddyjski Lâm Văn Tức, dokonujący sprzeciwu wobec wojny w Wietnamie przez samospalenie (którego zdjęcie widnieje na okładce płyty jednego z najlepszych buntujących się zespołów na świecie, czyli Rage Against the Machine). Ten cichy, potężny sprzeciw, który jest nieugięty, to jest wielka siła. I ten sprzeciw, który jest pełen wściekłości i chce obalać mury, to też jest wielka siła – fajnie, żebyśmy mieli dostęp do obydwu.

Poza tym wydaje mi się, że kiedyś buntowanie było prostsze, ponieważ było wyraźnie widać, kto jest dobry, a kto zły. Oczywiście, teraz możemy powiedzieć, że koncerny paliwowe i zbrojeniowe są złe i jakoś uprościć ten obrazek, ale prawda jest taka, że żyjemy na świecie, który jest tak skomplikowany, że warto by było się dobrze namyślić, zanim się tak naprawdę zbuntujemy. Przychodzą mi do głowy Marsze Wolności – próbuję sobie wyobrazić, że w głowach narodowców jest najprawdopodobniej wyraz głębokiego sprzeciwu wobec świata, w którym ich symbole będą znaczyły coś innego, niż oni by chcieli np. że patriotą będzie się określać osoba homoseksualna. Być może gdyby tam, w głowach narodowców była refleksja zamiast natychmiastowego buntu i moment rozpoznania, to zakiełkowałaby wówczas myśl, że flaga należy do wszystkich i niesiemy ją jako cały naród. Coraz trudniej osiągnąć prostotę jasnego sprzeciwu wobec rzeczy, które są według nas ewidentnie niedobre.

SN: Są jakieś filmowe przedstawienia buntu, które uważasz za szczególnie motywujące albo wartościowe?

MN: Lubiłam Przerwaną lekcję muzyki (1999, reż. J. Mangold), dopóki nie zostałam terapeutką i nie zaczęłam tam widzieć zaburzeń, co odebrało mi trochę przyjemności z oglądania. Bardzo lubię filmy, które pokazują drogę głównego bohatera do siebie, czyli sprzeciwianie się narzuconej formie i poszukiwanie z tej niezgody różnych rzeczy. Na przykład film Good Morning, Vietnam (1987, reż. B. Levinson) – on nie jest o buncie, ale jest o buncie. Robin Williams gra w nim prezentera radiowego, który próbuje w koszmarze wojny przemycić coś dobrego. Myślę, że to jest taka nieoczywista linia sprzeciwu wobec tego, co się dzieje ze światem. On wie, gdzie jest – w piekle na ziemi – a mimo to próbuje ocalić rzeczy, które są dla niego uniwersalnymi wartościami. Takie historie mnie biorą, gdzie jest taka energia, ferment. Jestem z pokolenia, które naprawdę się jarało filmem Hair (1979, reż. M. Forman). Jak się go oglądało na początku lat 90. w Polsce, to jeszcze miało w sobie tę świeżość odkrycia, że można się w taki sposób postawić. Bardzo ciekawy przykład, który przemówił też teraz do mojego 18-letniego syna, to Czas Apokalipsy (1979, reż. F. F. Coppola). Tam narracja jest budowana w ten sposób, że myślisz o kimś, że jest sprawcą wszelkiego zła, a okazuje się jedynym sprawiedliwym, który chciał rzucić wyzwanie systemowi.

Zresztą Marlon Brando był jednym z pierwszych badassów, który pokazał środkowy palec establishmentowi hollywoodzkiemu i zwrócił uwagę na dramat rdzennych mieszkańców Ameryki. W 1973 roku, kiedy miano mu wręczyć Oscara, na scenę zamiast niego weszła kobieta z plemienia Apaczów (Sacheen Littlefeather – przyp. S.N.) i ona zaczęła speech w imieniu swojej społeczności. To było potężne!

Lubię takie postaci, które mają wzniesiony ten środkowy palec – najlepiej jak robią to całe życie, tak, że można nie przestawać w nie wierzyć. Taką postacią był Lemmy z Motörhead, który mógł zrobić gigantyczną karierę, a został offowym muzykiem metalowym z petem w gębie i Jackiem Danielsem w dłoni. Podobnie Tom Waits, który nawet odmawia wykorzystania jego muzyki w reklamach, żeby zachować integralność jako twórca. Takim kimś jest też Zach de la Rocha, który mi zawsze bardzo imponował i pokazywał silne i witalne miejsca w amerykańskiej kulturze buntu. Zresztą on jest świetnym przykładem kogoś, kto rozumie bunt. Gdy RATM zaczęło stawać się bardzo popularnym zespołem, i kiedy Zach doszedł do wniosku, że ich sukces może się okazać wciągnięciem do machiny przemysłu muzycznego, a nie nośnikiem prawdziwej zmiany, zrezygnował z bycia w grupie.

No i oczywiście kobiece bunty. Takie, które odwracają świat na nice. Przychodzi mi do głowy nieoczywisty, ale bardzo potężny przykład – Godziny (2002, reż. S. Daldry). Jest w nim pokazana historia rodziny, ojca i matki z dwójką dzieci na amerykańskich przedmieściach (chłopiec z tej rodziny będzie później głównym bohaterem filmu). Jest tam scena, w której matka uwięziona w klatce new orderu amerykańskiego – domek z ogródkiem, nieznośnie idealny mąż, dwójka dzieci i ona jak taka kukiełka, która nawet nie może wybrać wysokości płotka w swoim domku, bo wszystko jest z góry ustalone. I ona nagle bierze rzeczy i wychodzi, zostawiając za sobą to wszystko. Z jednej strony współczujesz dzieciom, a z drugiej – to jest ruch, który ma taką moc, że mam ciarki, jak o tym mówię. Wiesz: You Shall not Pass, to jest kurwa koniec – taki skondensowany rodzaj sprzeciwu.


Zdjęcie na miniaturze: www.niedzwiecka.net / fot. archiwum prywatne

O autorce:

Filmoznawczyni, kinofilka i flâneuse. Prowadzi bloga "Kino w zwolnionym tempie", na którym wychwala wszystko, co artystyczne, niekonwencjonalne i buntownicze. Wielbicielka surrealizmu, Béatrice Dalle i snów.

Zobacz też:

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top