Dreszcze. Count Yorga, Vampire + The Return of Count Yorga

Z rewitalizacjami klasycznych filmów i wytartych gatunków bywa różnie.

Czasem prosta zmiana otoczenia pozwala zaoszczędzić na scenografii, zarazem zapewniając atrakcję widzom, którzy widzieli już wszystko. Bywają projekty leniwe i przestrzelone w swoich ambicjach; ocierające się o niezamierzoną śmieszność i tymczasowe. Dylogia Count Yorga – której popularność napędziła krótkotrwałą modę na uwspółcześnianie horrorów – zgrabnie przeskakuje przez zasieki. Oto Dracula w Los Angeles lat siedemdziesiątych.

O Robercie Quarrym myślano jak o potencjalnym zastępstwie Vincenta Price’a, kimś, kto miał być marką, aktorem z wyrazistym emploi, z automatu wcielanym do ról arystokratycznych wampirów[1]. Yorgę napisał i wyreżyserował Bob Kelljan, twórca feministycznego rape&revenge Act of Vengeance (1974) i udanego blaxploitation Scream Blacula Scream (1973). On też zasiadł za kamerą drugiej części, The Return of Count Yorga, której scenariusz napisał wraz z występującą w filmie aktorką, Yvonne Wilder[2]. 

Count Yorga, Vampire (1970) pierwotnie planowano jako film soft-porno, zatytułowany The Loves of Count Iorga, Vampire. Quarry, odtwórca tytułowej roli, zaproponował jednak klasyczny horror[3]. W razie finansowej porażki zawsze można przecież wypuścić film raz jeszcze: z erotycznymi dokrętkami i pierwotnym tytułem. Producent przystał na propozycję aktora, a dodatkowe sceny okazały się zbędne. Count Yorga, Vampire był hitem. Choć kosztował mniej niż sto tysięcy dolarów, pod szyldem prowadzonej przez Rogera Cormana American International Pictures udało mu się zarobić kilka ładnych milionów[4]. Wyznaczono mu kategorię wiekową PG-13. Mimo to łatwo wyłapać elementy zgodne z zamierzonym charakterem filmu: wydekoltowana matka głównej bohaterki zdaje się nie odstawać wiekiem od córki, a oblubienice wampira urządzają przed nim krótkie lesbijskie show. Sequel, choć niemal pozbawiony erotyki, dostaje już R-kę.

Count Yorga, Vampire (1970)

Quarry’emu rysował się pomysł na trzecią część serii. Yorga, utraciwszy wszystko, co posiadał, miał zejść w mało uczęszczane rejony miasta, w naturalne środowisko narkomanów i bezdomnych. W wizji aktora stopniowy awans w ulicznej hierarchii miał doprowadzić hrabiego do skompletowania wampirycznej armii, złożonej w całości ze społecznych wyrzutków. Na skutek śmierci Kelljana scenariusza nigdy nie zrealizowano[5].

Hrabia Yorga, wampir

Hrabia z wprawą komenderuje seansem spirytystycznym. Złączone ręce i nastrój ekscytacji sprzyjają jawnym obmacywankom. Obecni w kole panowie nie mogą się powstrzymać od wygłupów, ale jedna z kobiet traktuje rytuał wyjątkowo poważnie. Jej matka zmarła po trzech tygodniach umawiania się z Yorgą; chęć złapania ostatniego kontaktu z nieboszczką urasta do rozpaczliwych rozmiarów. Wampir, choć widocznie zirytowany mężczyznami, poskramia emocje. Opanowanie to zresztą jego cecha charakterystyczna. Kiedy grupa bohaterów pod pozorem towarzyskiej wizyty wprosi się do Yorgi, by banalnymi pogawędkami przetrzymać go do wschodu słońca, napięcie będzie tylko rosnąć. Rozdrażnienie, strach i niepewność przebiją się przez opanowaną, uprzejmą twarz wampira – najpierw tylko przez sekundę, z czasem coraz wyraźniej. Na koniec wspólnego wieczoru jego oblicze tchnie już jedynie chłodem. 

Zamiast pójść często uczęszczaną ścieżką – łagodzącą uwspółcześnioną grozę luzem i ironicznym uśmiechem – Yorga traktuje się poważnie. Adaptacja pozostaje przy tym wierna fabule i stylowi powieści Brama Stokera, trzymając się nawet zaproponowanego przez pisarza bohatera zbiorowego. Film płynie stosunkowo powolnym tempem, pozwalając odpowiednikom Jonathana Harkera, Arthura Holmwooda i Abrahama Van Helsinga rozprawiać nad realnością zagrożenia. Długie, oddalone ujęcia niespiesznie łapią przechadzających się po mieście dyskutantów. Pojawi się także słynna scena transfuzji krwi, przeprowadzona na odpowiedniczce książkowej Miny. Poddana wpływowi wampira bohaterka pożera małego kotka w niekomfortowo realistycznej scenie.

Yorga z gracją wpasowuje się w typ eleganta podszytego perwersem. Jest powściągliwie arogancki (choć nigdy bucowaty) i pełen gromadzonego przez stulecia samozadowolenia. Na podchody przeciwników reaguje trudno skrywanym rozbawieniem. Jego wypowiedzi odznaczają się precyzją, przerażają w swojej pewności – to mówca bezwzględnie panujący nad słowami. Wyjątkowy klimat ma scena, w której jeden z mężczyzn wstępuje w progi posiadłości Yorgi z zabójczą misją. Obaj wiedzą, co jest na rzeczy, ale długo podtrzymują pozory. Gość, początkowo zdecydowany, coraz bardziej traci pewność. Wampir tylko rośnie w siłę, jakby karmił się jego strachem.

Dandysowate stroje Yorgi (satynowe szlafroki, wzorzyste koszule i okazałe kołnierzyki) pozwalają mu rozpłynąć się w modzie. Ekstrawagancja lat siedemdziesiątych przyjmuje średniowiecznego magnata z otwartymi ramionami. Podkreślone kredką oczy i mocne brwi nadają jego twarzy konwencjonalnej męskiej atrakcyjności, ale też pewnej dzikości. Animalistyczne wrażenie wzmagają zęby: już nie seksowne, opatrzone jedynki, ale cała naostrzona, ziejąca z paszczy drapieżnika klawiatura. W ostatecznej formie jego twarz nabiera charakteru woskowej rzeźby, mimo szaleńczych grymasów zachowuje nieznaczną, trupią sztywność. Kiedy wampir przedrzeźnia wołającą o pomoc ofiarę, głośno przy tym rechocząc, ciary przechodzą po plecach. 

Cichy finał sadza duszę na ramieniu. To się musiało tak skończyć: Yorga, mimo początkowej przewagi, zostaje przebity kołkiem. Wszystko wkoło zamiera, kiedy wampir wydaje z siebie ostatni, przeraźliwy wrzask. Film odchodzi jednak od szczęśliwego zakończenia, nie pozwala dobru zatriumfować. Kelljan z ostrożnością omija banał, nadając całości pesymistycznego, surowego posmaku krwi.

Powrót

Jak to z walczącymi o widzów sequelami bywa, tak i w tym przypadku druga część serii jest „bardziej” – bardziej posępna i bardziej upiorna, ale też potraktowana z większym luzem. Próżno szukać w kontynuacji ciągłości fabularnej z poprzednikiem. Inaczej potraktowano też erotykę (seksualne podteksty zastąpiono powściągliwą komedią). Wyważone wypowiedzi wampira zmieniają się w riposty.

Yorga, cały i zdrów, pojawia się na szkolnej imprezie. Przez salę gimnastyczną, między poprzebieranymi rodzicami, kroczy poważnie, ale z niedorzecznie ironicznym uśmieszkiem. Konkurs na najlepszy kostium wygrywa pan w średnim wieku w kiczowatym stroju krwiopijcy. Tymczasem hrabia ujawnia nieoczekiwaną znajomość języka migowego, po czym naraża się na społeczny ostracyzm, sugerując istnienie prawdziwych wampirów. W niefortunnej sytuacji jego rozbawienie ludzką ignorancją zdaje się nie mieć granic. Spod kpiącego spojrzenia wyłącza jedynie Cynthię – kobietę, dla której traci głowę. W stosunku do niej przywdzieje rozbrajający, uwodzicielski uśmiech, po czym zliże krew z zaciętego palca bohaterki. 

Dysponujący większym budżetem The Return of Count Yorga (1971) nie jest obojętny na mody i obsesje wczesnych lat siedemdziesiątych. W kreacji Yorgi i jego oblubienic da się posłyszeć echa sekty Mansona. Quarry powróci w podobnej roli w filmie Deathmaster (1972, R. Danton); obecność aktora będzie zresztą najjaśniejszym punktem tej produkcji. 

The Return of Count Yorga (1971)

Yorga kontroluje chłopca, będącego pod opieką zapoznanej na szkolnej imprezie głuchej opiekunki. Kobiecie nikt nie wierzy – w końcu kto by się przejmował zdaniem rozhisteryzowanej służącej? Wampir może więc czuć się bezkarny. W ogrodzie hrabiego osuwają się lotne piaski, w których ten zatapia ciała kolejnych ofiar. Bajorko Yorgi pęcznieje; jego uczucie do Cynthii staje się na tyle palące, że doprowadza do eskalacji przemocy.

Przy całej swojej dowcipności The Return… jest zatem filmem dość niepokojącym. Niedopowiedziane zmartwychwstanie wampira zdaje się mieć swoje źródło w tajemniczych wichrach Świętej Anny, których zawodzenie otwiera film, wytrąca bohaterów z równowagi. Oblubienice Yorgi wstają z grobów niczym zombie i, na wzór sceny ze Świtu żywych trupów (1978) George’a Romero, przebijają szyby zachłannymi łapskami. Jumpscare’y z udziałem tytułowego bohatera, choć ocierają się o śmieszność, i tak całkiem efektywnie straszą. Nakręcone w zwolnionym tempie, podrywają nagłym, dzwoniącym dźwiękiem. Mury posiadłości rezonują gardłowym charkotem wampirzyc. Finał w pewnym sensie bazuje na schemacie pierwszej części, jest jednak jeszcze bardziej posępny.

Obie odsłony historii o eleganckim hrabim charakteryzuje to, co tygryski lubią najbardziej: spokojne tempo, stonowane straszenie i zdolny aktor charakterystyczny w roli głównej. Na stół wjeżdża umiejętnie doprawiony retro horror – pożywna sezonowa potrawka na jesienne pluchy.


[1] http://blog.cinefantastiqueonline.com/wordpress/interview-count-yorga-speaks/; dostęp z dnia: 20.10.2020 r.
[2] A. Nette, Feminist vigilantes, vampires & the forgotten exploitation film career of Bob Kelljan; https://www.pulpcurry.com/2017/02/feminist-vigilantes-vampires-the-forgotten-exploitation-film-career-of-bob-kelljan/; dostęp z dnia: 20.10.2020 r.
[3] http://blog.cinefantastiqueonline.com/wordpress/interview-count-yorga-speaks/; dostęp z dnia: 20.10.2020 r.
[4] Tamże.
[5] Tamże.

NUMER 3: Sklepik z horrorami10/2020

O autorce:

Pulpojadka, babaistka. Pryncypałka na blogu mors dicit. Leży plackiem we Wrocławiu.

Zobacz też:

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top