Nie dla dzieci. Recenzja Toys Are Not for Children

W ciemnym dziecięcym pokoju rozlegają się jęki i wzdychanie. „Tatusiu…”, szepcze dziewczyna, masturbując się pokaźnym pajacykiem. Kamera powoli sunie wzdłuż jej odkrytych ud. Witajcie w świecie pulpowej psychodramy, gdzie linia między kinkiem a obłędem jest wyjątkowo cienka.

Spiętrzone, powycierane pluszaki, plastikowe buzie lalek, słodkie bibeloty – zapalone przez zbulwersowaną matkę światło, rozbudza domysły o panujących w tym domu relacjach. Te poznajemy zresztą dość szybko. Ojciec, dziwkarz i sadysta, już dawno machnął ręką na rodzinę. Jego kontakt z córką ogranicza się do przesyłanych na urodziny zabawek, które, po ponad dwudziestu latach, zdążyły się złożyć na pokaźną kolekcję dziecięcego drobiazgu. Tymczasem wybuchowa, zgorzkniała matka nie szczędzi Jamie wyssanych z palca mądrości na temat relacji damsko-męskich. Pozbawiona kontaktu z rówieśnikami dziewczyna chłonie te toksyczne wyziewy jak gąbka.

Chorobliwą niedojrzałość Jamie widać już na pierwszy rzut oka. Wcielająca się w bohaterkę Marcia Forbes gra zdziecinniałą młodą kobietę tak przekonująco, że aż niekomfortowo. Umysł dziewczyny jest umysłem dziecka, podlega zmiennym nastrojom lekko i spontanicznie. Kiedy coś ją zasmuci, zwiesza usta w podkówkę; w chwilach zachwytu głośno chwyta powietrze. Nic dziwnego, że praca w sklepie z zabawkami przynosi jej tyle frajdy. Jamie dobrze wie, co podoba się najmłodszym.

Choć pełną buźkę zdobi makijaż, trudno dać się nabrać – bohaterka i tak wygląda, jakby dobrała się do kosmetyczki mamy. Pasują do niej krótkie sukienki, które na początku lat siedemdziesiątych wciąż odbijały modę minionej dekady, z jej umiłowaniem prostych, chłopięcych sylwetek, uroczych opasek do włosów, wyrazistych kolorów jak z przedszkolnej szatni.

Film Brassloffa nie boi się odważnych elips. Jedno krótkie spotkanie w sklepie prowadzi do zawiązania przyjaźni, drugie – do ślubu. W noc po ceremonii Jamie pyta świeżo upieczonego małżonka, czy mogą pooglądać telewizję („zawsze to robię przed pójściem spać”); obojętna na sugestie, rzuca się z zapałem ku kartonom z pluszakami. Postawiona pod ścianą, uparcie chowa się w sobie, a kiedy nie może – papuguje słowa matki. Chłopak nie jest zbyt zadowolony z ożenku z dzieciakiem, więc od tej pory wszystko potoczy się bardzo szybko. Sfrustrowany Charlie będzie na przemian urządzał awantury i uciekał z domu, zaś Jamie postanowi odwiedzić poznaną w sklepie kobietę (jak się okaże – eskortę, mającą kontakt z jej ojcem). Zostanie na dłużej.

Ta psychoanalityczna eksploatacja, odpowiednio dosadna i dosłowna w przywoływaniu wspomnień Jamie i ich wpływu na dorosłe życie, na tym etapie wybrzmiewa jak opowieść inicjacyjna. Pod wpływem starszej koleżanki zahukana bohaterka odkrywa wielki świat, a wraz z nim – nowe zabawki. Zauroczona ścieżką kariery matkującej jej kumpeli, Jamie sama postanawia wziąć się do roboty. Może zmieniło się otoczenie, ale dziecięcy entuzjazm pozostał.

Mimo lżejszych tonów (ogrywanie fetyszu wydaje się dobrą zabawą) próżno tu szukać optymizmu. Perwersyjny klimat filmu nie pozostawia złudzeń – to nie żadna radosna opowiastka o akceptowaniu siebie, wręcz przeciwnie. Bohaterka coraz głębiej okopuje się we własnej obsesji, a niechronologiczna narracja sprawnie przypomina o stanie jej poszatkowanej psychiki. To, co dzieje się poza sypialnią, pozostaje ubabrane w przemocy. Autodestrukcyjny finał jest tego najlepszym dowodem.

Toys Are Not for Children (1972), reż. Stanley H. Brassloff

O autorce:

Pulpojadka, babaistka. Pryncypałka na blogu mors dicit. Leży plackiem we Wrocławiu.

Zobacz też:

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top