Atlas nastolatków. Wywiad z Dawidem Nickelem

Dawid Nickel to nowy głos w polskim kinie. Jego Ostatni komers (2020), którego premiera odbędzie się 18 czerwca, to film o nastolatkach, jakiego u nas jeszcze nie było – świeży, wolny od utartych klisz, wiarygodny, łamiący stereotypy. Bohaterowie mówią w nim autentycznym językiem, ich problemy nie są papierowe, a przedstawiony świat jest zupełnie różny od tego, co przyzwyczailiśmy się oglądać w rodzimych produkcjach. Sara Nowicka rozmawia z reżyserem o pracy nad filmem, potrzebie wyjścia poza schemat, poszukiwaniu tożsamości, toksycznej męskości i tym, co łączy dresiarza i geja.

Sara Nowicka: Chciałam zacząć od tego, od czego zaczyna się sam Ostatni komers, czyli od piosenki kościelnej Oto jest dzień, który dał nam Pan. Po takim otwarciu pomyślałam, że film pójdzie w stronę karykaturowania kościoła. W naszym bardzo spolaryzowanym społeczeństwie albo jesteś antykościelny, albo antyliberalny, nie ma nic pomiędzy. Jednak w filmie szala nie przechyla się na żadną ze stron. Jak widzisz rolę religii w życiu swoich bohaterów?

Dawid Nickel: Wiesz co, religia jest elementem, która nam wszystkim, na pewno mi, towarzyszył, kiedy byłem nastolatkiem. Ja na przykład modliłem się bardzo długo, do 22-23 roku życia i zacząłem się ostatnio zastanawiać, dlaczego tak było – pomimo tego, że nie wierzyłem w Boga. Kultura, której byłem częścią w Kędzierzynie-Koźlu, tak silnie na mnie oddziaływała, że musiałem brać udział w tych rytuałach. Musiałem chodzić do kościoła, mam wszystkie sakramenty, podszedłem do bierzmowania i raczej uważałem, że jest to element mojego życia, tak samo, jak chodzenie do szkoły, a wiara w Boga to już inna sprawa. To jest po prostu element mojego życia i tak samo jest to element życia moich bohaterów. Kościół po prostu jest, nie spełnia w filmie żadnej funkcji oprócz tego, że bohaterowie do niego chodzą, niosą dary –  jest instytucją, do której uczęszczają jak do szkoły. Tak do tego podszedłem i, prawdę mówiąc, nie ogrywałem tego tematu.

Zastanawiałem się jak otworzyć film, żeby widz od razu był zaciekawiony. Jakąś wizualną formą, a nie sceną dialogową. Ostatni komers ma kilka wątków, kilkoro bohaterów. Na początku film miał się otwierać sceną, kiedy bohaterowie tańczą w garażu i miałem takie wielkie poczucie szkody, że zrezygnowałem, bo to była naprawdę świetna scena otwierająca film – kamera jedzie przez osiedle domów jednorodzinnych i Kuba tam tańczy hakken. Ale poczułem, że ja nie rozumiem tej sceny, kiedy nie znam bohaterów i ich emocji. Dlatego musiałem ją przesunąć w filmie – uważałem, że scena ma większą siłę, kiedy jest w dwunastej minucie, a nie pierwszej. Więc szukałem jakiejś alternatywy początku i pomyślałem, żeby była to codzienność, blokowiska i ta piosenka kościelna, która po prostu jest zwykłą piosenką, którą później wykonują uczniowie, przygotowując się do mszy na zakończenie roku szkolnego. Na pewno kościół nie jest ważny dla bohaterów, i to mi się właśnie podoba – on po prostu jest.

SN: Wspomniałeś o tańcu. Wydaje mi się, że wyjątkowe w Ostatnim komersie jest to, że taniec i ruch są dla bohaterów najważniejszym narzędziem komunikacji. Szczególnie intrygująca jest scena gry wstępnej między Savage (Agnieszka Żulewska) a Kubą (Michał Sitnicki). Opowiedz proszę, skąd wziął się pomysł i jak wyglądała realizacja tej sceny.

DN: Film ma kilkoro bohaterów i dwie główne historie: chłopaków i dziewczyny. Historia chłopaków na początku miała być krótkim metrażem i taką nieklasyczną formą. Historia dziewczyny jest klasycznie opowiedziana – masz bohaterkę, znasz jej problem i podążasz za tym problemem, patrzysz, jak go rozwiąże. W przypadku chłopaków tak nie było. To było bardziej obserwowanie, wchodzenie w ich świat. Dla mnie ten świat na papierze był bardziej nastawiony na odczuwanie, wizualność, a nie na historię. Stwierdziłem, że taniec może być czymś, przez co ci bohaterowie się wyrażają i czym się komunikują ze światem. Chłopak z tatuażem (Michał Sitnicki – przyp. S.N.) w prawdziwym życiu tańczy hakken. Na początku nie chciałem wpleść tańca w historię. Po prostu poznałem tego chłopaka trzy lata temu przez Instagram, kiedy szukałem aktora do sceny w Szkole Wajdy. Zobaczyłem, jak on tańczy i stwierdziłem, że to jest coś, co warto wykorzystać. Tak nadałem hobby temu bohaterowi. Napisałem ten tekst, dałem bohaterowi hobby w postaci tańca, żeby drugi chłopak, który chce być taki jak on, chciał też tańczyć jak on. Na planie pracowaliśmy nad tekstem – to nie było tak, że napisałem go i broniłem cały czas. Podczas sceny warsztatowej z Agnieszką Żulewską i chłopakiem szybko się zorientowałem, dlaczego ten bohater poszedł do Savage – dlatego, że ona, tak samo jak on, komunikuje się tańcem. Dla mnie to było taki jasny komunikat: on lubi tańczyć, ona lubi tańczyć, czuje jakiś rytm, dlatego on chce wejść do niej i ją poznać. Scena, o którą pytasz, była jedną ze scen performatywnych, którą zrobiła Kasia Szugajew. To był cały proces tworzenia i podejścia do sceny seksu w sposób inny niż dotychczas. Chciałem z Kasią i Agnieszką Żulewską stworzyć scenę, w której bohaterka wyzwoli swoją kobiecą energię i wręcz zawładnie młodym chłopakiem. Nie chciałem tego robić poprzez tekst, chciałem, żeby ona naprawdę zrobiła performance. I chciałem pokazać takiego chłopaka, który tańczy jak drewno i poznaje Savage i później tańczy na komersie do Rys, gdzie całkowicie się otwiera. Robiliśmy takie ćwiczenia z otwierania klatki piersiowej, bo celowo miało być tak, że on przeżył przemianę przez ten taniec. Fajnie, że o to pytasz, bo właśnie taniec i ruch mają ogromną rolę dla tego bohatera i aktora. On jest naturszczykiem, nie mogliśmy robić z nim zaawansowanych aktorsko scen, więc chciałem, żeby jego sposobem grania był taniec.

SN: Odebrałam to właśnie w taki sposób – widać, że jego ciało na początku jest spięte, porusza się kanciasto, a w końcowej scenie jest inny, wyzwolony z tych ograniczeń, przez co zakończenie jest bardzo oczyszczające.

DN: Tak, to było coś takiego, nad czym pracowaliśmy. Przez tańczenie hakken, on wykonuje takie ruchy drewniane, konkretne, mechaniczne i naszym zadaniem było to, żeby on się otworzył. Moim zdaniem, nieskromnie mówiąc, to wyszło.

SN: Sam Kuba, nie tylko ze względu na taniec, jest postacią dość niestereotypową. Moje doświadczenia są inne, jednak powszechny obraz dresiarza, na przykład w ujęciu twórców filmowych, to pozbawiony wrażliwości oprych, który może ci spuścić łomot. Twój bohater taki nie jest.

DN: Też ubolewam nad tym, że w polskich filmach osoby z bloków to chamy, którzy nic nie potrafią powiedzieć, mogą cię pobić – nie wchodzimy w głębię tych bohaterów. Stąd był mój wybór tego naturszczyka – zauważyłem w nim tę głębię i chciałem dobić się do tej wrażliwości. Co było dość ryzykowne, bo ustawiając kamerę, nie wiedziałem, jaki będzie tego efekt. On był trochę wyzwaniem dla mnie, do reżyserowania, dlatego zestawiłem go z Mikołajem Matczkiem, który jest rewelacyjnym aktorem. Bo wiedziałem, że muszę połączyć go z kimś, kto będzie dla niego dobrym partnerem i dla mnie, żeby mnie wspomóc w wyciąganiu dobrych rzeczy z Michała. Jak poznałem Mikołaja to zauważyłem, że on jest typem aktora, który nie jest sfokusowany na sobie, tylko mając zadanie „pomóż mi otworzyć drugiego aktora” wchodzi w to. Mikołaj go świetnie otworzył, podobnie jak Agnieszka Żulewska, czy Sandra Drzymalska.

SN: Cały czas mówimy o obalaniu stereotypów. Przy tej okazji poruszyłabym temat zdjęć, bo one również są poza schematem – nie zobaczymy w Ostatnim komersie ani szarych, ponurych blokowisk ani przejaskrawionej, instagramowej estetyki. Twój film jest estetycznie dopracowany, ale nie jest przegięty w żadną ze stron. Sam robisz zdjęcia i wydaje mi się, że można znaleźć podobieństwa między Twoją twórczością fotograficzną a wizualną warstwą filmu.

DN: Nie lubię uważać się za fotografa – lubię robić foty i umawiać się z ludźmi na foty, na pewno tu też interesuje mnie bohater i na pewno są jakoś połączone ze zdjęciami w Komersie. Natomiast pamiętajmy, że zdjęcia do filmu zrobił Michał Pukowiec i współpraca z operatorem to jest coś zupełnie innego niż gdybym sam trzymał kamerę, choć bardzo dobrze się rozumieliśmy. Zapraszając Michała do projektu, miałem taką myśl przewodnią, że chciałbym pokazać bloki w wydaniu amerykańskim – ale nie takim, że scenografia czy kostiumy, tworzą Amerykę. Chciałbym taki amerykański sposób fotografowania, prawie jak z Beverly Hills 90210, wprowadzić do polskich blokowisk. Uważam, że polskie blokowiska zasługują na taki sposób fotografowania. Będąc z Kędzierzyna, wiele czasu spędziłem na takich klatkach schodowych i dla mnie to nie są chwile szare, brudne i obskurne, dobrze się bawiłem. Chciałem też pokazać mieszkania moich bohaterów w sposób kolorowy – nie przegięty, tak jak jest, ale w innym sposobie fotografowania. Stąd też ten basen – to wszystko miało tworzyć atmosferę filmu z Netfliksa o nastolatkach, przesyconego kolorami, jak z Instagrama, ale nie przegiętego. Myślę, że to nam z Michałem się udało stworzyć. Ale nie tylko z nim, za wizualną formę odpowiadamy grupowo. To wszystko wyszło dzięki Pukowcowi i jego całemu teamowi, scenografii: Jana Łączyńska i Maciej Krajewski oraz kostiumom: Milena Liebie!

SN: Tak, przyznam szczerze, że szczególną uwagę zwróciłam na te mieszkania. Oglądałam ostatnio Sexify, gdzie jest popularne w polskim kinie rozróżnienie na warszawskie domy bogatych rodzin, nowoczesne i zgodne z trendami oraz mieszkania na prowincji, z meblościanką z PRL-u i wystrojem sprzed dekad. Jakby nie było nic pomiędzy. Ostatni komers jest bliższy temu, co znam z rzeczywistości i nawet mieszkanie dziewczyny z nadzorem kuratorskim wygląda normalnie, nie jest karykaturą.

DN: Wiesz, na pewno wciąż są mieszkania z meblościankami, aczkolwiek my wykorzystaliśmy prawdziwe mieszkanie. Nie mieliśmy budżetu na rozbudowane i drogie dekoracje i scenografie, mieszkania szukaliśmy wśród chyba dziesięciu zgłoszeń. Ze względu na brak środków mogliśmy je tylko lekko zmienić, dlatego mieszkanie Oliwii było tak naturalne, mieszkała tam dość podobna rodzina. Dość dużym nadużyciem i ściemą byłoby wstawianie tam meblościanki, bo reżyser się uparł, że ma być tak jak w latach dziewięćdziesiątych. Wydaje mi się, że ten research podczas szukania mieszkań bardzo się przydał – chcieliśmy, żeby to było „tu i teraz”, zależało nam, żeby nie wymyślać. Basen, który pokazujemy w filmie, też istnieje, w Jeleniej Górze, nie stworzyliśmy go na potrzeby filmu. To wszystko istnieje dookoła nas, nie chcieliśmy tego przerysowywać.

SN: To „tu i teraz” jest mocno widoczne, choćby przez rolę aplikacji, mediów społecznościowych i smartfonów w życiu bohaterów. Jednak w kinie opowieści o młodości często są osadzone w czasach, w których dorastał sam twórca, co jeszcze potęguje nostalgiczność opowieści. Jesteśmy z tego samego rocznika, więc nasza nastoletniość przypadała w połowie lat zerowych i mam wrażenie, że w Ostatnim komersie widać subtelne nawiązania do tych czasów, np. przez użycie utworu Explosion Kalwi & Remi. Dlaczego nie umieściłeś tej historii w przeszłości?

DN: Odpowiedź jest bardzo prosta – ograniczenia budżetowe. Początkowo, gdy był to jeszcze short, to był 2004 roku i akcja miała się dziać podczas pierwszego komersu. Chciałem dotknąć mojego problemu, który zainspirował mnie do stworzenia scenariusza, ponieważ przeżyłem taką historię właśnie w 2004 roku. Kiedy masz mikrobudżet w wysokości 700 tysięcy to trudno wchodzić w scenografię, kostiumy sprzed piętnastu lat – to już jest kino epokowe.

SN: To brzmi strasznie smutno.

DN: Wiem (śmiech). Więc naturalnie przyszedł pomysł, żeby pierwszy komers zastąpić ostatnim. Te nostalgiczne nawiązania są celowe. Chciałem zrobić obraz, który jest bardzo współczesny, dla aktualnych nastolatków, ale też, żebyśmy my, czyli trzydziestolatkowie, też poczuli, że to jest film o nas. Uważam, że takiego filmu nie było w Polsce, ponieważ nikt nie opowiada o współczesności dla trzydziestolatków. Oglądamy cały czas problemy czterdziestolatków, w dużych miastach, albo patologii w małym mieście, ale nie było takiego kina o trzydziestolatkach, którzy mogli patrzeć na coś ze swojej młodości, a jednocześnie, żeby film był na tyle uniwersalny, żeby i czterdziestolatek i współczesny nastolatek znaleźli w nim coś o sobie, co poczują. W Gdyni dostaliśmy nagrodę Jury Młodych i nastolatkowie bardzo dobrze mówili o tym filmie, że nie czują ściemy, że jest to autentyczne, że tak wygląda ten świat, a jednocześnie jak rozmawiam z rówieśnikami, to mówią to, co ty – że ten film jest nostalgiczny, że poczuli tam siebie, ten 2004 rok. To ciekawe zrobić film, który jest uniwersalny dla szesnastolatka i dla nas. To też pokazuje, że my wcale się nie różnimy od nastolatków, jakby schemat działania jest zawsze taki sam. Moim zdaniem jedyne, co nas odróżnia od nastolatków, to to, że oni są jakby bardziej emocjonalni. Oni coś odkrywają po raz pierwszy i wydaje im się, że już nigdy tego nie będzie, a nam już to spowszedniało, wchodzimy w pewną rutynę.

SN: Wydaje mi się, że nie czuć ściemy w tym filmie również dzięki dialogom, zaczerpniętym z Ma być czysto Anny Cieplak, która w rewelacyjny sposób odtwarza autentyczny język młodzieży. Kiedy tekst powieści wybrzmiewa na ekranie można jeszcze bardziej docenić jego wiarygodność. Skąd pomysł, żeby połączyć historię z krótkiego metrażu właśnie z tą książką?

DN: To był szalony pomysł. Nie dostałem pieniędzy na krótki metraż, załamałem się totalnie i spotkałem się z Gośką Szumowską, pracowaliśmy wtedy razem, i ona mi powiedziała, żebym zostawił te krótkie metraże i napisał scenariusz do pełnego metrażu. Więc wróciłem do domu i pomyślałem, że rozwinę historię chłopaków, ale nie miałem jeszcze takich narzędzi w sobie, żeby ją rozpisać. Przeczytałem wtedy, że za miesiąc czy dwa ruszają mikrobudżety, było więc niewiele czasu, żeby w ogóle rozpisać tę historię. Zastanawiałem się co zrobić i przypomniała mi się książka Ani Cieplak, w której jest bardzo podobny świat, ta część z dziewczyną w ciąży bardzo pasowała mi do świata z Kędzierzyna, ponieważ też pamiętam, że koleżanka była w podobnym wieku, co bohaterka, kiedy zaszła w ciążę i wszyscy o tym gadali – jakoś to wszystko skleiło mi się na świat z Kędzierzyna, atlas nastolatków. Naturalnie to połączyłem i okazało się, że to działa.

SN: Dzięki temu udało się też stworzyć to, o czym mówiłeś wcześniej – mamy takie polskie Beverly Hills z pełnym przekrojem postaci: popularna dziewczyna, nieśmiała dziewczyna, milczka, osiłek…

DN: Gej (śmiech). Tak, jakoś te światy świetnie się połączyły. Uważam, że Ania jest wybitną pisarką i książki, które pisze, są bardzo filmowe, dlatego stwierdziłem, że sprawnie uda mi się zrobić adaptację jej książki, która będzie pasować do historii chłopaków. Drugą ważną rzeczą było to, że Ania bardzo mocno skupia się na historii, problemie i stwierdziłem, że to nada dynamikę historii chłopaków, która opiera się na tańcu, spojrzeniach, bez jasnego konfliktu. Ich historia jest sensualna, a opowieść o Oliwii jest właśnie dynamiczna, napędza ten film.

SN: Lubisz robić kino o młodych ludziach, a czy lubisz je też oglądać? Czym się inspirujesz?

DN: Kiedy byłem nastolatkiem, to lubiłem oglądać filmy o nastolatkach, których akcja dzieje się w liceum, high school, czyli Wredne dziewczyny, Plotkara. Zawsze mnie jarały takie szkolne schematy i trochę chciałem przenieść je na świat Ostatniego Komersu. To było coś, co oglądałem wtedy.

Właśnie nie mam filmów, którymi się inspiruję. To nie jest tak, że mam ulubionego reżysera, ulubiony film – z różnych rzeczy wyciągam coś dla siebie. Lubię też siedzieć w internecie, na Pintereście czy Tumblerze, to mnie też inspiruje twórczo. Np. scenę tańca w moim filmie zainspirowało poznanie chłopaka, który jest zajarany hakkenem albo scena seksu wynikała z tego, że byłem na performansie w Fundacji Galerii Foksal. Więc mam różne bodźce, z wielu stron, nie tylko z kina. Gdybym miał wymienić nazwisko reżysera, którego bardzo lubię i który robi inspirujące coming of age to na pewno Andrea Arnold, Sean Baker. To jest kino, które mnie inspiruje i które pokazuje, że takie kino jest możliwe – że bierzesz kamerę, bez światła, jedziesz i po prostu kręcisz. Właśnie tak chciałbym robić filmy. Dla mnie Ostatni Komers był takim doświadczeniem – bierzesz ludzi z różnym doświadczeniem aktorskim, pojechaliśmy do Jeleniej Góry i pod Warszawę, nie mieliśmy kasy i było to robione na takim flow. Tekst był punktem wyjścia, żywym materiałem, nad którym można pracować. Chyba bardziej performance, spektakle teatralne mnie inspirują niż inne filmy. Wydaje mi się, że teatr jest bardziej współczesny niż kino. Mniej konserwatywny. Uważam, że tam jest świeżość i bardziej aktualne tematy niż w kinie polskim.

SN: Chciałam jeszcze dopytać o Filipkę, dokumentalny krótki metraż, opowiadający o twoim przyjacielu, który jest gender fluid i często ubiera się w kobiece stroje. W filmie są sceny, kiedy Filipka spotyka się z rodziną, jest z ojcem w ogródku i pomaga mu przy „męskich” pracach. Przy takim temacie twórcy często pokazują rodzinę transpłciowej osoby jako opresyjną, nierozumiejącą. U ciebie znowu jest inaczej – nie oceniasz i patrzysz z empatią na wszystkich bohaterów. Czy to zrozumienie po prostu wychodzi, dlatego, że ty taki jesteś, czy to jest jakby twoim celem w robieniu kina?

DN: To jest trudne pytanie, ale to raczej nie jest mój cel. Ja po prostu próbuję zrozumieć każdego człowieka – wiem, że to jest głupie i wszyscy tak mówią, ale tak jest. Mnie w Filipce też interesował punkt widzenia ojca i matki, nie byłem zafiksowany na idei Filipa, nie myślałem, że on jest taki, oni tacy, że przyjedzie i pokaże rodzicom, że tylko nasza wizja jest słuszna. Nie, ja byłem ciekawy też ich głosu. Znam rodziców Filipa i wiem, na czym polega ten konflikt i że oni nie byli w tym wszystkim demoniczni, po prostu też chcieli coś powiedzieć. Jak zrobiliśmy ten film to oni byli z niego dumni, bo mogli powiedzieć swoje zdanie, zostali wysłuchani. Mogli, tak jak Filip, powiedzieć z czym mają problem. Wydaje mi się, że ten rodzaj empatii wynika z tego, że chciałbym zrozumieć drugiego człowieka. Też chciałbym zrozumieć Kaję Godek, czy Krzysztofa Bosaka.

To może też wynikać z tego, od czego zaczęliśmy, czyli dlaczego tak empatycznie spojrzałem na tego dresa. Po prostu poczułem, że on nie ma swojej reprezentacji w kinie. Ja jako gej też nie mam reprezentacji w polskim kinie i uważam, że on jest tak samo stereotypowo pokazywany w filmach jak geje (przyjaciel głównej bohaterki). Lubię bohaterów, którzy nie mają swojej reprezentacji, są pokazywani stereotypowo, ponieważ walczę z tym. Uważam, że ludzie są różni. To mi się właśnie podoba w robieniu kina. Mój kolejny film też taki będzie – że wchodzisz, widzisz świat, ale nie oceniasz, tylko próbujesz go zrozumieć.

SN: Opowiedz coś więcej o planie na kolejny film.

DN: Lubię opowiadać o młodych ludziach i Ostatni Komers był dla mnie sprawdzianem czy potrafię robić filmy. Nie kończyłem pięcioletniej reżyserii w Łodzi, czy Katowicach, chciałem zobaczyć czy jestem w stanie wejść na plan, reżyserować aktorów i coś opowiedzieć. Ten film uświadomił mi, że coś tam potrafię. Mój drugi film jest o toksycznej męskości. O chłopakach ze średniej wielkości miasta, którzy muszą dorównać stereotypom bycia męskim. Mnie cały czas zastanawia, jakie są te zasady, kiedy jesteś męski, a kiedy nie. Co cię weryfikuje w byciu mężczyzną? Trochę mam bekę z tego, że coś jest męskie, a coś kobiece. Tak jak w Filipce, gdzie ojciec mówi do Filipa: „zrób to po męsku”. To jest opresyjne, a jednocześnie zabawne. Chciałem opowiedzieć historię chłopaków uwikłanych w toksyczną, męską relację, taką z mrocznej strony. Ja sam całe życie dążyłem do bycia stereotypowo męskim gościem. Próbowałem się wpisywać w schemat, szukałem w otoczeniu hetero-chłopaków i próbowałem być jak oni. Aż zrozumiałem, że nie muszę niczego udawać, że mnie nie interesuje taka męskość wymyślona, toksyczna, że to może być szkodliwe. Stąd chciałbym opowiedzieć o tym w drugim filmie. Jestem na etapie pisania scenariusza.

Bardzo lubię i uważam, że nie ma tego za dużo w polskim kinie, temat poszukiwania tożsamości. Nie opowiadamy o tym, co jest nam najbliższe. Problemy są tak bardzo wymyślone, że naprawdę wolę oglądać coś z europejskiego kina, bo tam problemy są bliższe mnie. Uważam, że jest mało opowiadania o tożsamości: seksualnej, kim jesteśmy, skąd pochodzimy. To są tematy, które bardzo mnie interesują i których nie widzę w polskim kinie. Lubię też niedopowiedzenia, sensualność. Kino do poczucia, nie tak oczywiste.


Przed ogólnopolską premierą 18 czerwca, w tym miesiącu odbędą się następujące pokazy przedpremierowe:

2/3.06 Warszawa, Kinoteka PKiN

9.06 Tarnów, Tarnowska Nagroda Filmowa, Kino Marzenie

11.06 Wrocław, Kino NH

12.06 Katowice, Kino Światowid

14/19.06 Koszalin, Festiwal Młodzi i Film


Autor zdjęcia reżysera z miniatury: Jan Wysocki

O autorce:

Filmoznawczyni, kinofilka i flâneuse. Prowadzi bloga "Kino w zwolnionym tempie", na którym wychwala wszystko, co artystyczne, niekonwencjonalne i buntownicze. Wielbicielka surrealizmu, Béatrice Dalle i snów.

Zobacz też:

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top