Wampir z sąsiedztwa. Recenzja filmu Martin

Tuż za obskurną stacją kolejową, na zarośniętym chwastami osiedlu z ponurej kostki, mieszka Martin – wampir współczesny.

Swoje ofiary znieczula dysocjantami i gwałci, a ich krew spija z naciętej żyletką skóry. Po wszystkim wraca do domu, by młodzieńczym zwyczajem zamknąć się w cienkich ścianach. Nieśmiały, pryszczaty nastolatek z obgryzionymi paznokciami głęboko wierzy we własny nadnaturalny status, w czym utwierdza go kuzyn Tada Cuda, domorosły Van Helsing o białej brodzie patriarchy. W przeciwieństwie do fanatycznego starca, film George’a Romero do końca trzyma się niedopowiedzenia, skupiając się raczej na małomiasteczkowej samotności i egzystencjalnym zawieszeniu.

Martin nie jest jedyny – wszyscy tu szukają kontaktu. Alienacja dotyka znudzonej sąsiadki, marzącej o romansie z dziewiętnastolatkiem, dotyka też gadatliwej, opiekuńczej kuzynki, zasłuchanej we własny głos, ale i autentycznie szczęśliwej z jego nieśmiałych prób podjęcia rozmowy. Wampiryczne napady chłopaka, choć potworne, wybrzmiewają jako rozpaczliwe próby zbliżenia się do kobiet. Jak na otoczonego popkulturą geeka przystało, nie są przy tym pozbawione stylizacji – Martina nawiedzają ekspresjonistyczne wizje (flashbacki?) rodem z klasycznych horrorów, w filmie wyróżnione użyciem czarno-białej taśmy.

W skład niewielkiej, bo jedynie kilkunastoosobowej ekipy filmowej, weszli głównie znajomi i rodzina reżysera; sam Romero pojawia się w epizodycznej roli nowoczesnego, rozsmakowanego w domowym winie księdza. Nie obyło się jednak bez problemów. Jacek Rokosz zwraca uwagę na montażowe problemy produkcji – z pierwotnej, trwającej 3,5h wersji, ostało się jedynie 1,35h[1]. Film traci przez to na fabularnej spójności, nie dostarcza też zbyt wielu informacji o bohaterach. Choć postrzępione powierzchnie pasują do jego surowego charakteru, Martin musi poczekać na uznanie widowni. Wyświetlany na pokazach o północy nie radzi sobie najlepiej, zepchnięty na dalszy plan przez Głowę do wycierania (1977) Davida Lyncha.

Obecnych w obu równoległych premierach wątków izolacji i niezrozumienia dotyka już jeden ze starszych filmów Romero, znakomity Season of the Witch (1972). Tam marazm gospodyni domowej staje się punktem wyjścia do opowiedzenia o dręczącym kobiety „nienazwanym problemie”, na który uwagę zwróciła Betty Friedan w Mistyce kobiecości (1963). Oba filmy działają jako nieformalny dyptyk o samotności: kameralny, stawiający na oszczędne środki wyrazu, zapuszczający się w psychikę bohatera/ki. Zdaje się jednak, że Season of the Witch przynosi więcej nadziei. Zwrot statecznej mężatki w stronę czarnej magii pozwala jej nabrać pewności siebie i odzyskać poczucie własnej kobiecości, nawet jeśli proces wyrwania się z dotychczasowego życia jest bolesny i trudny do uprzątnięcia. Finał Martina pozostawia z uczuciem bezsensu i niesprawiedliwości. Lepiej już nie będzie. 

Na motyw przewodni filmu urasta niezręczność, która naznacza nie tylko ataki bohatera, ale w jakimś stopniu właściwie wszystkie relacje międzyludzkie. Operator Michael Gornick uporczywie kieruje oko kamery na detale, pozwala poczuć chaos, kotłujący się w umyśle nastolatka. Czuć w tym jakąś obsesję, która pasuje do klaustrofobicznego klimatu Martina. Nieporadność bije ze sceny egzorcyzmu, przerywanego chrząknięciami duchownego i ujęciami roztrzęsionych, pomarszczonych dłoni Tady Cudy; panuje duchota, na podłogę leje się wosk. Najdziwniejszym i bodaj najbardziej dotkliwym momentem jest jednak ten, w którym Martin straszy kuzyna, przebrany w dyskontowy kostium wampira. Żart szybko się wypala. Pozostaje smutek, że dobre chęci nie wystarczą – niektórych konfliktów pokoleniowych nie sposób załagodzić.

[1] Jacek Rokosz, Nadzy i rozszarpani. Amerykańska eksploatacja filmowa 1960–1980.

Martin (1977), reż. George A. Romero

O autorce:

Pulpojadka, babaistka. Pryncypałka na blogu mors dicit. Leży plackiem we Wrocławiu.

Zobacz też:

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top