Krzycz! Recenzja Mrowca

Proszę sobie wyobrazić: zamknięty gabinet z niewielkim okienkiem, przez które dwie młode postaci obserwują działania szalonego naukowca. Wciela się w niego Vincent Price, postać dostojna i wyrafinowana w staroświeckim stylu. Elegancki mężczyzna podwija rękawy i wstrzykuje sobie LSD. Niskim, zmysłowym głosem relacjonuje do dyktafonu swoje doznania. Warstwa racjonalności i kurtuazji szybko zaczyna się rozpuszczać pod wpływem kwasu. Bohater miota się owładnięty halucynacjami – dostaje ataku klaustrofobicznej paniki, myśląc, że ściany zaczynają się do niego zbliżać, oraz z przerażeniem reaguje na stojący zbyt blisko anatomiczny model ludzkiego szkieletu. Po chwili pomieszczenie wypełnia się jego tłumionym zbyt długo krzykiem. Co oznacza jedno – właśnie przegrał walkę ze samym sobą.

Przytoczona scena jest jedną z wielu kinofilskich przyjemności, których dostarcza seans Mrowca (1959) Williama Castle’a. Najeżony niesztampowymi rozwiązaniami estetycznymi obraz to historia badań doktora Warrena Chapina (Price) nad istotą strachu. Naukowiec odkrywa, że ta niekomfortowa emocja jest pasożytem, który przyczepia się do kręgosłupa, a w chwili wielkiej grozy jest w stanie zabić swojego żywiciela. Szkodnika likwiduje ludzki krzyk. Doktora Chapina chce oddzielić pasożyta od człowieka i poddać go badaniom umożliwiającym jego unicestwienie. Do tego jednak potrzebuje osoby, która nie wyda z siebie dźwięku podczas nasilonego poczucia zagrożenia. Poznanie właściciela niemego kina Olivera Higginsa (Philip Coolidge) i jego głuchoniemej żony Marthy (Judith Evelyn) zrodzi pomysł, którego konsekwencje będą trudne do naprawienia.

Mrowiec został wyprodukowany i wyreżyserowany przez wirtuoza rozbuchanej wyobraźni, którego pomysły do dziś budzą podziw nieprzeciętną kreatywnością. Twórca jak mało kto potrafi flirtować z publicznością. Jego kino jest autoteliczne, nieustannie podkreślające własną sztuczność. Zabiegi stosowane przez Castle’a w Mrowcu wychodzą daleko poza meta-poziom, znany np. ze slasherów, w których bohaterowie, znając konwencję gatunku, próbują przechytrzyć działającego zgodnie z regułami gry zabójcę. Tu wszystko jest totalne, tworzone z rozmachem, by wciągnąć odbiorców i odbiorczynie w świat przedstawiony. Już sam początek, w którym reżyser zaprasza na seans, burzy czwartą ścianę. Autor, często pojawiający się w intrach do własnych filmów, tym zabiegiem nawiązuje kontakt z publiką i odwołuje się do podobnego wstępu we Frankensteinie (1931, J. Whale), jednak najistotniejsze jest to, że podkreśla odprężającą funkcję krzyku, co splata się z fabułą filmu. Późniejsze sceny każdego kinofila wprowadzą w stan ekstazy. W pierwszej (do której jeszcze wrócę) woda wypływająca z kranu wanny i zlewu jest podkolorowana na czerwono, wyróżniając się na czarno-białym obrazie. Druga to kulminacyjna scena w kinie. Widownia ogląda niemy film, nieświadoma, że zagraża jej morderczy mrowiec. Główny bohater i jego towarzysz co chwila gaszą światło i wygłaszają komunikaty zachęcające do krzyku (kultowe „scream for your life!”). Wówczas publiczność ekranowa widzi jedynie czarną planszę i słyszy ostrzegawcze zawiadomienia, co zjednuje ją z fikcyjnymi postaciami. Gra ze zmysłami odbiorców jest tu szczególnie ciekawa. Niektóre seanse Mrowca miały wymiar 4D – widzów i widzki sadowiono na krzesłach wzbogaconych o „perpecto!”, urządzenie wibrujące, aktywowane w chwilach wzmożonej akcji na ekranie. Nowatorskie sztuczki nie obroniłyby filmu, gdyby sam w sobie nie był intrygującą, sprawnie opowiedzianą historią. Sam pomysł na zmaterializowanie strachu w postaci urokliwego pasożyta zachwyca. Castle wychodzi jednak daleko poza psychoanalityczną metaforę – jego głównym celem jest zaskakiwanie i zanurzenie widowni w nieprzewidywalnym, szalonym świecie.

Sensualność Mrowca uwidacznia się zarówno w przywołanych zagrywkach, jak i samej fabule. Reżyser, świadomy, że wzrok jest podstawowym narzędziem wykorzystywanym przez, nomen omen, widownię, wie, że aby w pełni ją zaangażować, musi odwołać się do bardziej zaniedbanych zmysłów. Stąd duża rola dźwięku oraz wykorzystanie „perpecto!” działającego na odczucia dotykowe. W tym kontekście niezwykle ciekawa jest postać Marthy. Głuchoniema kobieta może polegać przede wszystkim na wzroku. Bez światła czuje się jak sparaliżowana, co szybko udziela się widowni. Castle stara się dać wrażenie współodczuwania, odwzorować jej percepcję – ułatwia publiczności doświadczenie niepełnosprawności, podobnie jak twórcy takich produkcji jak Sound of Metal (2019, D. Marder).

Brak słuchu i głosu czyni z Marthy skomplikowaną wewnętrznie postać. Jej siła staje się jednocześnie jej przekleństwem – kobieta mdleje na widok krwi, co łatwo wykorzystać przeciwko niej. Scena, w której życie bohaterki jest zagrożone to majstersztyk kinowej finezji. Nie tylko z racji późniejszego zabarwienia wody na taśmie, ale przede wszystkim ze względu na genialną mimikę Evelyn. To nie przypadek, że małżeństwo ma w posiadaniu kino nieme. Fakt ten wyraża ich trudną sytuację, ale też jest spójny z językiem ciała głuchoniemej kobiety. Jej twarz to główne narzędzie ekspresji, przez co Evelyn, niczym legendarne ikony niemego kina, nadmiernie uwidacznia każdą emocję. Malujący się na jej obliczu strach jest maksymalnie podkręcony i robi podobne wrażenie, co cierpiąca twarz Joanny d’Arc (Męczeństwo Joanny d’Arc [1928] C. T. Dreyer).

Wyliczone smaczki (oraz wiele innych, których nie przytaczam, żeby nie psuć frajdy) wystarczyłyby do uznania Mrowca za świetny film. Ale to nie wszystko! Castle oprócz opowieści o strachu proponuje wiarygodną obyczajowo historię dwóch małżeństw. Żona Chapina, Isabel (Patricia Cutts), notorycznie go zdradza, nawet się z tym nie kryjąc. Ma poczucie władzy – jest spadkobierczynią sporego majątku – bo to ona posiada dom i finansuje badania męża. Wzajemna nienawiść jest tak duża, że od pierwszej wspólnej sceny nie ma się wątpliwości, że para byłaby w stanie się pozabijać. Dopełniającym wątkiem jest relacja siostry bohaterki z pomocnikiem doktora, której Isabel stanowczo się sprzeciwia. Dla Chapina to kolejny dowód jej bezduszności, jednak nie widzi w jej zachowaniu reakcji na bycie zaniedbywaną przez niego. Druga para – Oliver i Martha – jest równie nieszczęśliwa. Ich życie naznacza trudna sytuacja finansowa i beznadziejność prowadzenia cieszącego się coraz mniejszym zainteresowaniem kina. Ogromny nakład pracy odpowiada niewielkim zyskiem. W obu małżeństwach to kobieta zarządza pieniędzmi, przez co mężczyzna jest od niej zależny. Łatwo zauważyć, że tym leży główna przyczyna niechęci obu partnerów wobec nich.

Mrowiec kryje w sobie jeszcze więcej ciekawych obserwacji i motywów do analizy. To worek bez dna, z którego przy każdym seansie można wyciągać nowe skarby. Tym, co najbardziej ujmuje przy oglądaniu filmu, jest jego umiejętność zaskakiwania, nawet ponad sześćdziesiąt lat po premierze. Wiele z pomysłów twórcy zachowuje świeżość, a plot twist faktycznie wprawia w zdumienie. Wartościowa jest także myśl, z którą zostawia publiczność Castle – warto krzyczeć. Wyrażanie emocji jest znacznie zdrowsze niż ich tłumienie i nie warto karmić niewidocznych pasożytów. Nawet jeśli wyglądają tak uroczo jak mrowiec.

Mrowiec (1959), reż. William Castle

O autorce:

Filmoznawczyni, kinofilka i flâneuse. Prowadzi bloga "Kino w zwolnionym tempie", na którym wychwala wszystko, co artystyczne, niekonwencjonalne i buntownicze. Wielbicielka surrealizmu, Béatrice Dalle i snów.

Zobacz też:

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top