Nie tylko Pam Grier. Blaxploitation z bohaterkami w centrum

Na początku lat siedemdziesiątych na ekrany kin buńczucznie wkraczają bohaterki uosabiane przez Pam Grier i Tamarę Dobson. Reprezentowany przez nie nowy model postaci chwyta na tyle mocno, że pół wieku później zdjęcia pierwszej z nich zdobią lwią część artykułów podejmujących temat kina blaxploitation. Nowy trend nie przechodzi niezauważony: na fali popularności, czasem z opóźnieniem, powstają filmy odtwarzające lukratywny schemat.

Na pierwszym i dalszym planie pojawiają się kobiety pyskate, wojownicze i sprytne (przynajmniej w założeniu). Niektórym z nich przyjrzę się w tym wpisie – to filmy mniej znane, może w niektórych aspektach także mniej udane, ale przede wszystkim warte uwagi, niesłusznie wrzucane do kategorii produktów drugiej ligi.

TNT Jackson (1974), reż. Cirio H. Santiago

TNT Jackson (1974), reż. Cirio H. Santiago

Ze wszystkich tu wymienionych, TNT Jackson najbardziej zasługuje na niechlubne miano zżynki z filmów z bardziej rozpoznawalnymi koleżankami. Może początkowo protagonistka dorównuje stanowczością i wyszczekaniem Coffy, potem jednak wpada w ramiona mężczyzny, a jej zadziorność ulega stępieniu. Santiago sporo pożycza z fabuły Cleopatry Jones: główna bohaterka przybywa do Hongkongu, by znaleźć zabójców brata. Nie znaczy to, że TNT nie oferuje żadnej frajdy odbiorczej. To krótki film (trwa ledwie 72 minuty), przyjemny, nastawiony na radosny spektakl. Produkcja Santiago jest hojnie okraszona akcją (od prostych, acz efektownych trików balisongiem po popisy kaskaderskie w zwolnionym tempie) i rzadko nudzi. W tytułową bohaterkę wciela się Jeannie Bell, była modelka kojarzona z Playboyem, co też reżyser skrzętnie wykorzystuje, racząc spragnionych wrażeń widzów scenami nieuzasadnionej golizny. W finale poleje się krew – TNT pokaże siłę swojej pięści.

Lady Cocoa (1975), reż. Matt Cimber

Lady Cocoa (1975), reż. Matt Cimber

Cocoa wpada z jednej skrajności w drugą. Zamawia gigantyczne ilości jedzenia, ale bez wahania wyrzuca je, kiedy okazuje się, że odstają kolorystycznie od wiszącego na hotelowej ścianie obrazu. Na każdą okazję ma przygotowany cytat zapożyczony od jakiejś sławy (wraz z konkretną datą i miejscem, w którym padł dany aforyzm). Wyzłośliwia się nad sztuką współczesną i wbija szpile policji. Z więzienia zostaje zwolniona warunkowo, w ramach programu ochrony świadków. W ciągu następnych dwudziestu czterech godzin ma donieść na swojego byłego. Nad niepokorną więźniarką pieczę sprawuje Doug, niedoświadczony, introwertyczny gliniarz. Jeszcze nie wie, że Cocoa znajduje się na celowniku dwójki płatnych zabójców. Fabuła ugina się od zwrotów akcji, jednak plot twisty nie zawsze prezentowane są z przekonującym efektem. Cimber najlepiej czuje się w kameralnych scenach obyczajowych. Tym bardziej że trafił mu się aktorski skarb, jakim jest wcielająca się w tytułową rolę Lola Falana. Jej bohaterka jest kapryśna, spontaniczna i zawsze mówi, co myśli. Nie tylko zwyzywa, ale i bez oporów przyzna, dlaczego tak często bierze prysznic (przez pozostałych bohaterów liczne kąpiele uznawane są za wyraz próżniactwa). Za nic nie przeprasza, niczego się nie wstydzi.

Emma Mae (1976), reż. Jamaa Fanaka

Emma Mae (1976), reż. Jamaa Fanaka

Jeszcze bardziej na uboczu pulpowizny sytuuje się film nakręcony przez Jamaę Fanakę, jednego z wiodących reżyserów L. A. Rebellion (ruchu zrzeszającego czarnoskórych twórców szukających alternatywy do schematów Hollywood). Emma Mae początkowo jawi się jako naiwna dziewczyna z zabitej dechami wsi na Południu; sierotka ledwo utrzymująca równowagę na pokrzywionych obcasach. Ma ekspresyjną, szczerą twarz dużego dziecka, a przy tym dostojność dojrzałej kobiety. Próba wydobycia z więzienia swojego chłopaka popycha ją w stronę aktywizmu. Emma przywdziewa luźne ogrodniczki i bierze sprawy w swoje ręce. Żeby zarobić na kaucję, organizuje lokalną społeczność. Prężnie działająca myjnia samochodowa „z twistem” zostaje jednak pogrzebana przez władze. Bohaterka skonfrontowana ze strukturami rasizmu musi sięgnąć po inne środki; stając na czele grupy, postanawia napaść na bank. Kiedy uświadomi sobie, że została wykorzystana przez faceta – jebakę, agresora i naciągacza – postanowi na koniec publicznie skopać mu tyłek. Dopiero wtedy będzie mogła w spokoju wrócić w swoje strony. Fanaka z podziwem patrzy na upór i zaradność Emmy. Po drodze wywodzi w pole błędne założenia widowni. To nigdy nie była zagubiona mimoza. Dziewczę ze wsi jeszcze im wszystkim pokaże.

Darktown Strutters (1975), reż. William Witney

Darktown Strutters (1975), reż. William Witney

Darktown Strutters (znany też jako Get Up and Boogie) to prawdziwe dziwactwo: pstrokate, głupie i bezczelne. Wszystkiego jest tu za dużo, począwszy od gatunkowego melanżu (blaxploitation miesza się z filmem bikerskim, slapstickiem, musicalem, kinem sztuk walki i SF). Już opis fabuły przyprawia o zawrót głowy. Syreena szuka matki, Calineczki, która znika po otwarciu założonej przez siebie kliniki aborcyjnej. Napis otwierający film rozwiewa wątpliwości – wszelkie podobieństwa między fabułą a baśnią Andersena to „bullshit”. Bohaterkę i jej dziewczyński gang motocyklowy ściga oddział KKK w kolorowych przebraniach oraz grupa równie rasistowskich gliniarzy. Postrzelony ciąg zdarzeń ostatecznie zaprowadzi Syreenę do piwnicy przebranego za prosię magnata fast foodu. Tam bohaterka wczuje się w soulowy koncert zamkniętej za kratami (ale i tak szeroko uśmiechniętej) grupy Dramatics i pozna prawdę o złowieszczych zamiarach Colonela Sandersa. Darktown Strutters nie wie – albo nie chce wiedzieć – czym jest dobry smak. Źródłem gagu może być zarówno tort na twarzy, jak i blackface. Gadżeciarska i cukierkowa scenografia upodabnia film do kreskówki. Niedowierzanie budzą zwłaszcza stroje bohaterek, jednobarwne, pokaźne, nieskrępowanie tandetne. To spojrzenie na modę wyprzedzające swoje czasy; odjechana wizja lat siedemdziesiątych, która powróci w trendach wczesnych lat 2000. Hełmy z pióropuszami i inne nietypowe wizje narodziły się w głowie Jacka Fiska, później współpracującego m.in. z Davidem Lynchem, Paulem Thomasem Andersonem, Alejandro Inarritu i Brianem De Palmą (to jemu zawdzięczamy estetykę Upiora w raju). Na wariactwach Williama Witneya poznał się Quentin Tarantino, który wielokrotnie wspominał twórczość reżysera jako jedną ze swoich największych inspiracji.

O autorce:

Pulpojadka, babaistka. Pryncypałka na blogu mors dicit. Leży plackiem we Wrocławiu.

Zobacz też:

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top