O ciele – recenzja filmu Bodies Bodies Bodies

Na „Bodies Bodies Bodies” w reżyserii Haliny Reijn wybrałam się przepełniona ciekawością slasherowej entuzjastki. Co zastałam na miejscu? Moc atrakcji, bo dzieje się dużo, zarówno fabularnie, jak i pod względem tego, jak twórczyni radzi sobie z gatunkowością. Ale po kolei!

Punkt wyjścia, czyli opowieść o grupce znajomych, którzy w trakcie imprezy muszą znaleźć w swoim gronie mordercę, to zabawowy miks starego z nowym: opowieść trochę w duchu oldschoolowych whodunnitów pomieszana ze zmyślną satyrą na pokolenie Z. Przy czym Reijn nie siłuje się na oczywiste obśmiewanie „woke culture” i schlebianie krytykantom upatrującym we współczesnych slasherach tylko kolejnego sposobu na realizowanie poprawnościowych treści. Rozumie slasher inaczej, zacierając granicę między tradycją a teraźniejszością, ułatwiając tym samym widzom przejrzenie się w jej bohaterach. A ci mogą zaskakiwać, rozczarowywać i irytować, brawurową (choć trochę napuszoną gadką) zbliżając się do tego, co poza kinem.

Ta autentyczność w dialogu jest prawdopodobnie tym, co najlepiej niesie film reżyserki, dobrze rozumiejącej młodzieżowość i jej dynamikę. Częstą bolączką slasherów był protekcjonalny dystans dorosłości wobec nastoletniości, która uginała się pod ciężarem przestylizowania i trącących fałszem tropów interpretacyjnych. Tymczasem „Bodies Bodies Bodies”, w dużej mierze dzięki doskonałemu castingowi, mówi nieprzefiltrowanym językiem pokolenia, któremu reżyserka daje możliwość popełniania błędów, oszczędzając przy tym surowej oceny. Bywa kąśliwa, choć pełna zrozumienia, przypominając (szczególnie tym, co już „po”), że nastoletniość jest uniwersalnym doświadczeniem i konstruktem myślowym (doskonała rola Lee Pace’a).

W „Bodies Bodies Bodies” realizuje ten obraz dwutorowo – w podlanej soczystymi bitami imprezie (która, dzięki pracy dźwiękowców oraz operatorów, wspaniale wygląda na dużym ekranie) i interakcjach, które płynnie zmieniają dynamikę – od niewinnych, choć podszytych dawnymi złośliwostkami, aż po jawnie oskarżające. Jest w tym duch klasycznych opowieści kryminalnych, ale i bezpardonowość samoświadomej twórczyni, która z jednej strony wywraca do góry nogami gatunkowe tropy i oczywiste stylizacje z drugiej strony przyjaźnie im hołduje. Targany huraganem, niemal gotycki w dźwiękach i ciemnych kątach dom, bywa zarówno przerażający, jak i przytulny. Grzybki pozwalają zapomnieć o dawnych przykrościach lub je zaognić, gdy gdzieś obok czai się morderca. Można się zżymać, że druga połowa filmu trochę rozwadnia napięcie, choć finałowa wolta doskonale i mądrze takie rozwiązanie przypieczętowuje.

W recenzjach poświęconych filmowi Haliny Reijn często przewija się garść co bardziej znanych tytułów – irytująca swoim uproszczeniem kalka, która odbiera twórcom i twórczyniom ich indywidualny charakter. „Bodies Bodies Bodies” nie potrzebuje porównań, aby wybrzmieć. Mówi własnym głosem, nie przymila się do kultowości i prostych skojarzeń. To trochę slasher wywrócony do góry nogami  – znający i akceptujący swoją proweniencję, a jednocześnie odważnie idący po swoje.

Bodies Bodies Bodies (2022), reż. Halina Reijn

O autorce:

Absolwentka dziennikarstwa i filmoznawstwa. Entuzjastka kampu, horrorów i kociego futra. Po godzinach marzy o wynalezieniu wehikułu czasu, który przeniósłby ją do obskurnych kin na nowojorskim Times Square z lat 70. Jej życiową misją jest zaszczepienie w widzach miłości do dziwności.

Zobacz też:

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top